nr 52, marzec 2011

Transcription

nr 52, marzec 2011
ZESZYTY
JAGIELLOŃSKIE
PISMO UCZNIÓW, NAUCZYCIELI I PRZYJACIÓŁ
LO im. KRÓLA WŁADYSŁAWA JAGIEŁŁY W PŁOCKU
NR 52 • MARZEC 2011 • PISMO UKAZUJ E SIĘ OD ROKU 2000
Wielkie dzieła kultury
Antoine de Saint-Exupéry
"Mały Książę"
Międzyszkolny
Klub Myśli Polskiej
w Liceum Ogólnokształcącym im. Władysława Jagiełły
prezentuje
Wielkie dzieła kultury
SPOTKANIE DRUGIE:
Antoine de Saint-Exupéry
"Mały Książę" (1942-43)
Na okładce: Ilustracja ze strony internetowej: http://www.ambassador-pecs.hu/english
/category/ambassador-austria/. Tekst dzieła: http://www.malyksiaze.net/pl/book.html.
Zeszyty Jagiellońskie. Pismo Uczniów, Nauczycieli i Przyjaciół Liceum Ogólnokształcącego
im. Króla Władysława Jagiełły w Płocku
Redakcja: ul. 3 Maja 4, 09 – 402 Płock; ht t p: /w w w .ja g i ello n ka . plo c k. pl ; (024) 364-59-20
[email protected];
Opiekun zespołu: Wiesław Kopeć, [email protected]
Zespół redakcyjny: członkowie Międzyszkolnego Klubu Myśli Polskiej.
2
Anna Borkowska
Tęsknoty i lęki Antoine'a de Saint-Exupéry,
autora "Małego Księcia"
Baśnie są obecne w świadomości każdego pokolenia. Historycy literatury analizują
zmieniające się formy i treści przekazu. Zainteresowanie psychologów koncentruje się
wokół wpływu baśniowych opowieści na emocje dzieci.
Interesujące wydaje się jednak odwrócenie perspektywy, bo paradoksalnie baśnie
bardziej odsłaniają świat dorosłych autorów niż młodych czytelników. W "Amatorze"
Krzysztofa Kieślowskiego jest scena, w której twórca wykonuje intuicyjny ruch
odwrócenia kamery od świata i zwrócenia jej na siebie. Ten symboliczny obraz
pokazuje, że dzieło artysty zawsze pozostaje projekcją jego osobowości. Właśnie
utwory dla dzieci ujawniają tę prawidłowość w sposób najbardziej przejrzysty
i pozbawiony kamuflażu. Dziecko jako adresat dzieła literackiego wyzwala szczególną
szczerość i otwartość. Autor może czuć się w tej relacji bezpieczny, bo kontaktuje się
z czytelnikiem niezmanierowanym i pozbawionym odniesień historyczno-literackich.
Znika też lęk przed przekroczeniem subtelnej granicy oddzielającej piękno od kiczu.
Dziecko z naturalnym zachwytem przyjmuje urodę opowieści. Nie dziwi się pięknu
i traktuje je jako oczywisty element porządku świata. Jeleń ma prawo pojawiać się
na rykowisku o zachodzie słońca, przejawem złego smaku staje się dopiero wtedy,
gdy jest źle namalowany.
Bezpieczeństwo autora może być jednak zwodnicze, bo dziecko bezbłędnie
wyczuwając fałsz w relacji z dorosłymi, staje się najgroźniejszym krytykiem. Pełni
rolę sejsmografu rejestrującego każde odchylenie od prawdy - podstawowej wartości
dzieła literackiego. Po przepuszczeniu przez ten filtr szczerości pozostają tylko bajki,
które pełnią rolę mitów odwołując się do podstawowych i uniwersalnych tęsknot
człowieka, tak jak opowieść o Kopciuszku, który jest łagodną postacią Hioba dającego
nadzieję ludziom dobrym i pokornie znoszącym nieszczęście.
"Mały Książę" Saint-Exupéry'ego wpisał się na listę dzieł prawdziwych pokonując
próbę czasu i zmieniających się gustów literackich. Stwierdzenia, że "najważniejsze
jest niewidzialne dla oczu" i "każdy jest odpowiedzialny za to, co oswoił" powtarza
wiele osób. Dzieje się tak często bez świadomości autorstwa zdań odczuwanych jako
własne i oczywiste.
W prawdziwej sztuce nie ma miejsca na przypadek. Dzieło literackie ma charakter
uniwersalny, ale jego tworzywem jest osobowość autora. Zgromadzone doświadczenia
i aktualne doznania nadają kształt i treść procesowi twórczemu.
"Mały Książę" powstał w 1942 roku. Saint-Exupéry był udręczony pobytem
na emigracji. Nie chciał poznać języka kraju, w którym przebywał, co dodatkowo
3
zwiększało jego wyobcowanie. Czuł się bezużyteczny i to godziło w jego poczucie
męskości w czasie, gdy inni piloci walczyli na wojnie. Dodatkową udręką SaintExupéry'ego były problemy zdrowotne. Spędził dwa bezsenne tygodnie przykuty
do łóżka, z workiem lodu na brzuchu znosząc dietę ograniczającą się wyłącznie
do belladonny. Czuł się oszołomiony i oddalony od realiów życia. W jednym z listów
napisał wtedy: "Dziwna planeta, dziwne problemy, dziwny język. Być może jest
gdzieś gwiazda, gdzie życie jest proste." (1)
W takiej sytuacji narodził się "Mały Książę". Książka opublikowana
w przedostatnim roku życia autora miała być dla niego rodzajem terapii. Inspiracja
pochodziła, jak zwykle u Saint-Exupéry'ego od kobiety. Tym razem była nią Elizabeth
Reynal, która zwróciła uwagę na małą figurkę, którą autor często szkicował
na kartkach papieru i obrusach restauracji. Początkowo skrzydlata postać,
o przerzedzonych jak u autora włosach, przeszła wiele przeobrażeń, aż stała się Małym
Księciem - dziwnym dorosłym zaklętym w ciele dziecka. Taka książka mogła powstać
tylko w umyśle człowieka, który powiedział, że nie wie, czy żył kiedykolwiek
po dzieciństwie. Saint-Exupéry rozumie świat tak, jakby proces dorastania był
procesem utraty wrażliwości, a ostateczna dorosłość miała oznaczać nieumiejętność
odróżniania rzeczy ważnych od pilnych. W tej książce "mówisz jak dorosły" brzmi jak
obelga. A przecież opozycja dorosły - dziecko jest z założenia bezsensowna, tak jak
pozbawiona sensu jest każda niezgoda na to, co nieuchronne. Gdyby Saint-Exupéry
poprzestał na sprzeciwie wobec przemijania, "Mały Książę" mógłby zaledwie
wzruszać. Sam bunt nie jest wyrazem mądrości, może być zaledwie jego zapowiedzią
i to dopiero wtedy, gdy pada propozycja jak przezwyciężyć tę niezgodę. SaintExupéry daje własną odpowiedź jak nadać znaczenie życiu ograniczonemu czasem.
Sens tej odpowiedzi zawiera się w słowie kluczu powieści: "oswajanie". Życie
bez oswajania jest zaledwie egzystencją.
Słowo oswajać - "apprivoiser" miało dla Saint-Exupéry'ego wymiar niemal
religijny. Po raz pierwszy nadał mu ten mistyczny sens pierwszego stycznia 1927
roku, kiedy samotnie witając Nowy Rok w Alicante pisał do Reneé de Saussine:
"Oswoiłaś mnie. Zaiste, słodka to rzecz, pozwolić się oswoić. A jednak będzie to mnie
kosztować smutne dni...". (2)
Oswajanie i bycie oswajanym to jedyna szansa na to, żeby uchronić się
od poczucia, że marnujemy dany nam czas. Saint-Exupéry'ego przerażało życie
schematyczne. Lęk przed rutyną nabierał charakteru obsesji. Wystarczyło, że kelner
poznał jego upodobania, żeby natychmiast zmieniał lokal na taki, w którym nikt nie
wiedział jak słodką lubi pić kawę. Miał wtedy poczucie jakby wymknął się
niebezpieczeństwu: "Myślą, że już należę do nich, na następne dwadzieścia lat. Ależ
ich rozczaruję". (3) Zadziwiające wydaje się, że ktoś, dla kogo sposobem oswajania
było tworzenie rytuałów: "każdego dnia będziesz mógł siadać trochę bliżej [...]
potrzebny jest obrządek", (4) tak bardzo bał się tych rytuałów, które wiązały go
z codziennością. Sprawiał wrażenie człowieka, któremu potrzebne były dodatkowe
podniety, jakby samo życie nie wystarczało, musiało zaistnieć poczucie dodatkowej
ekscytacji. Pisał, że „żyć to znaczy być świadomym sekunda po sekundzie, że się nie
umarło". (5) Poszukiwanie pełni przez stabilizację było mu obce, kojarzył ją
ze stagnacją, a ludzi wybierających taką drogę nazywał pogardliwie grzybami. SaintExupéry tęsknił za namiętnością. Był to dla niego jedyny sposób doznawania
4
niepowtarzalności życia. Czasem poczucia niezwykłości dostarczał sobie
przez poszukiwanie fizycznego niebezpieczeństwa i prowokowanie śmierci. Pozostaje
jednak wrażenie, że upojenie ryzykiem było tylko zastępczą metodą, swoistym
substytutem, który miał dać satysfakcję wtedy, gdy brakowało namiętności
wynikającej z najgłębszego oswojenia, jakim jest miłość. Projekcja działa w obie
strony - autor przypisuje swoje cechy bohaterom opowieści, a czytelnik identyfikuje
się z tymi postaciami. Im większa ilość osób odnajduje siebie w książce, tym większa
uniwersalność problemu. Odwołanie się do głodu miłości jest podstawową siłą
"Małego Księcia". W istotę człowieczeństwa jest wpisana tęsknota za miłością
bezwarunkową - pełną akceptacją z zaletami, ale i z wadami, które określają naszą
niepowtarzalność. Każdy chce czuć się wybrany przez miłość, choć nie każdego stać
na odwagę, żeby się do tej tęsknoty przyznać. Istnieje wiele wypróbowanych
sposobów samooszustwa. Pragnienie oswojenia można zakłamywać jak Bankier,
Geograf czy inni bohaterowie "Małego Księcia". Budowali swoje poczucie ważności
pogrążając się w rytuałach natrętnych czynności. Groteskowe postacie z "Małego
Księcia" stanowią lustro, w którym mogą znaleźć swoje odbicie ludzie przekonani,
że czynności, które ich pochłaniają, są ważniejsze od otwarcia się na innych.
Zdobywając kolejne stopnie akademickiej mądrości przyjmują postawę Geografa,
który liczył góry nie dotykając ich piękna. Zabiegając o pozycję w jakiejkolwiek
hierarchii, zachowują się jak Próżny lub Bankier, którym gwiazdy policzone
i zamknięte w sejfie dają poczucie mocy. Te obsesyjne sposoby zapełniania życia są
tragiczne i okrutne zarazem. Powtarzając jak zaklęcie "nie mam czasu", "jestem
zajęty" nie dają sobie szansy na przeżycie oswojenia, ale i ranią tych, którzy próbują
przebić się z uczuciem przez mur zbudowany z zastępczych czynności.
Paradoksalnie najmądrzejszy wydaje się Pijak, jedyna postać świadoma własnego
zagubienia i z tego powodu uciekająca w zapomnienie. Próżność pozostałych nie
pozwala nawet na taką refleksję, a przekonanie o własnej misji z każdym dniem
umacnia ich absurdalną ważność.
Dziecięca postać Małego Księcia w sposób symboliczny pokazuje upływające lata
jako szansę możliwą do wykorzystania. Czas jest wręcz niezbędnym warunkiem
do nauczenia się miłości, bo miłości trzeba się uczyć, niepowodzenia w żadnej innej
dziedzinie nie bolą tak bardzo. Są programy i przedmioty przygotowujące do różnych
zadań życiowych. Uzbrojenie w wiedzę ma ustrzec przed porażką. Nie istnieje żadna
szkoła uczuć. Tę sferę beztrosko zostawia się intuicji. Przyjmuje się obłudne
założenie, że piękno uczuć polega na spontaniczności. Miłość jest przeciwstawiana
rozumowi, tak jakby mądrość oznaczała nie wiedzę potrzebną do budowania uczuć,
lecz sztywną technologię niszczącą ich niepowtarzalność.
Tak więc szkoły kształcą Geografów, Bankierów i Latarników, ale nie ma w nich
miejsca na sztukę oswajania. Mały Książę spotkał lisa i przeżył wyjątkową lekcję
budowania prawdziwych uczuć. W rzeczywistej szkole nie ma takich wykładowców,
nawet lekcje religii, której podstawą jest przykazanie miłości, pozostawiają uczniów
bezradnych w dziedzinie, w której niepowodzenie jest klęską.
Zdarzenia istniejące w czasie mają swój początek, trwanie i koniec. Dlatego
w każde spotkanie wpisana jest zapowiedź rozstania. Im większa radość towarzyszy
oswojeniu, tym głębszy ból, gdy związek się kończy. Koniec jest nieuchronny czasem przez porzucenie, zawsze przez śmierć. Dlatego ludzie z taką pomysłowością
5
tworzą rytuały ucieczki przed bliskością. Lęk przed cierpieniem rozstania tłumaczy,
lecz nie usprawiedliwia zastępczych form czynienia życia zadowalającym, choć nie
szczęśliwym. W powszechnym przekonaniu, młodym ludziom dane jest przeżycie
najpiękniejszych uczuć. Młodzieńcza wrażliwość pozwala na zakochanie, fascynujący
zachwyt odczuwany tym silniej, im głębsza poprzedzała go samotność. To uczucie
przewyższa intensywnością wszelkie inne doznania, ale jest to zachwyt oparty
na idealizacji, podobny do tego, który przeżył Mały Książę spotykając różę i myśląc,
że jest ona jedyna na całym świecie. Kwiaty, które wcześniej widział "były zawsze
bardzo skromne, o pojedynczej koronie płatków, nie zajmujące miejsca i nie
przeszkadzające nikomu". (6) Przez takie porównanie powstało uczucie oparte
na łatwym podziwie. Wystarczyły drobne codzienne rozczarowania, żeby rozpadła się
więź wynikająca z zachwytu. Zakochanie nie przekształciło się w miłość. Dopiero
z ziemskiej perspektywy Mały Książę pojął różnicę dzielącą te uczucia i powiedział:
"byłem za młody, żeby ją kochać". (7) Miłość w odróżnieniu od zakochania wymaga
dojrzałości.
Trzeba nauczyć się patrzeć, żeby zrozumieć, że "najważniejsze jest niewidzialne
dla oczu". Droga do tej mądrości prowadzi najczęściej przez własne bolesne
doświadczenia, czasem przez spotkanie ludzi, którzy odegrają rolę Lisa - nauczyciela.
Saint-Exupéry pisząc o pięknie oswajania pokazuje, że prawdziwa miłość wymaga
doświadczeń - przeżycia wyboru i bycia wybranym z urodą zalet i ułomnością wad.
Róża stała się "jedyna na świecie" nie wtedy, gdy wzbudziła podziw, lecz dopiero
po spotkaniu innych piękniejszych kwiatów. Nabrała znaczenia, bo to jej "skarg,
wychwalań a czasem milczenia" (8) słuchał Mały Książę, bo jej poświęcił wiele czasu,
dał część swojego życia. Saint-Exupéry wiedział, że miłość nie jest ślepa, prawdziwa
ma oczy szeroko otwarte i akceptuje wyjątkowość widząc niedoskonałości. Uczucie
jest tym cenniejsze, im więcej barier trzeba pokonać, żeby oswoić i być oswojonym.
Wolność nie jest tu wartością nadrzędną, bo "oswoić to znaczy stworzyć więzy". (9)
Za uczucie płaci się cenę utraty swobody. Ale jest to jedyna droga zaznania piękna
i nadania znaczenia rzeczom pozornie pozbawionym sensu. "Jeślibyś mnie oswoił,
moje życie nabrałoby blasku". "Dla mnie zboże jest nieużyteczne. Jeśli mnie oswoisz
(...) zboże, które jest złociste, będzie mi przypominało ciebie. I będę kochać szum
wiatru w zbożu". (10) Każdy ma w pamięci widoki, dźwięki, czy zapachy, które
wzruszają przez skojarzenie z kimś ważnym. Lis, świadomy cierpienia wpisanego
w oswojenie - stworzenie więzów, prosi "oswój mnie" i wie, że warto przeżyć
tę zapowiedź rozstania, bo płacząc zyskuje coś ze względu na kolor zboża w słońcu.
Wolność nie oswojonego człowieka jest swobodą bezpańskiego psa.
Oswajaniu towarzyszy ryzyko własnego bólu, ale ryzykujemy też narażeniem na
cierpienie drugiego człowieka, dlatego uczucie wymaga odpowiedzialności. "Stajesz
się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś" - napisał Saint-Exupéry. (11)
Po latach inny autor połączył w tytule swego dzieła te dwa słowa: miłość
i odpowiedzialność.
Saint-Exupéry potrafi opisać piękno najważniejszego spotkania ludzi przez miłość,
wydaje się być jednak bezradny wobec ostatecznego rozstania przez śmierć.
Umieraniu nadaje znaczenie przez jakiś ostateczny powrót, który daje szansę
zadośćuczynienia. Mały Książę dopiero w tym drugim istnieniu mógł obdarzyć różę
6
mądrym uczuciem odróżniającym pozory od prawdy, nauczył się "sądzić ją według
czynów a nie słów {...} dostrzec czułość pod pokrywką małych przebiegłostek". (12)
Jeśli prawdą jest, że geniusz jest umiejętnością powrotu do swego dzieciństwa,
to dla Saint Exupery'ego było to jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem.
Dzieciństwo stanowiło dla niego raj, z którego czuł się wyrzucony w dorosłość. SaintExupéry wyrażał swoje tęsknoty z dziecięcą prostolinijnością. Równie otwarcie
okazywał lęki, a bał się głównie utraty osób pozyskanych w trudzie oswajania.
Bezradność dziecka przejawiał wobec umierania. Śmierć jawiła mu się jako żmija,
złośliwy gad, który może ugryźć dla przyjemności.
Opis śmierci Małego Księcia porusza autentyzmem i jest dokładnym
odwzorowaniem wydarzenia, które było udziałem siedemnastoletniego wówczas
autora. Jego młodszy brat François zmarł na atak serca w Saint Maurice. Dwadzieścia
minut przed śmiercią wezwał Antoine'a i pocieszał go słowami, którymi na kartach
książki posłużył się Mały Książę: "Nie martw się. Nic mi nie jest. Nic na to nie
poradzę. To tylko moje ciało". (13) Śmierć Małego Księcia to kopia przeżycia autora
sprzed dwudziestu lat: François "na chwilę znieruchomiał. Nie wydał z siebie żadnego
głosu. Odszedł powoli, tak jak powoli upada ścięte drzewo". (14) W taki sam sposób
Mały Książę rozstał się z ziemią. Saint-Exupéry po stracie brata pojął własną
śmiertelność. Buntował się przeciwko ciału, pisał, że jest zaledwie skorupą, za którą
nikt nie będzie tęsknił. Słowami Małego Księcia określał je jako balast, który trzeba
porzucić jak starą zużytą łupinę. W osobistych tekstach określał je jako "rodzaj
służącego", któremu poświęca się ogromną ilość czasu, ubierając go i kąpiąc, dbając
o niego i żywiąc go. "Nie dałbym złamanego szeląga za to, co z ciebie zostanie (...).
W taki czy inny sposób przepchnąłem cię przez życie aż do tej chwili. A teraz
odkrywam, że jesteś bez znaczenia". (15)
Saint-Exupéry traktuje fizyczność z lekceważeniem graniczącym z irytacją,
ale w pojmowaniu istnienia nie przekracza granic wyznaczonych właśnie
funkcjonowaniem ciała. Rozstanie przez śmierć, rozumie wprawdzie jako porzucenie
bezużytecznej powłoki, ale tęskniącym nie daje perspektywy ponownego spotkania
w przyszłości. Jedynym pocieszeniem ma być wspomnienie niezwykłości wspólnych
doznań, a więc powrót do przeszłości.
Podobne rozumienie śmierci przedstawił przed laty Zdzisław Cackowski na łamach
"Problemów". Pisał, że życie jest ciągiem spotkań i rozstań. Staje się tym bogatsze im
bardziej spotkania dominują nad rozstaniami. Niezbędne jest jednak rozróżnienie
odejścia od rozstania. Odchodzimy od kamienia polnego, jeżeli nic dla nas nie znaczy,
ale rozstajemy się z drzewem, jeśli kojarzy się z jakimś przeżyciem lub z domem,
który znaczy więcej niż budynek, gdy w jego murach zdarzyło się coś ważnego.
Najbardziej boli rozstanie z ludźmi, bo oni wrastają w naszą psychikę. Odchodząc
zabierają część nas samych, czasem tak dużą, że trudno dalej żyć. Codzienne
czynności, a nawet przedmioty, kojarzą się z osobą, której zabrakło.
We wspomnieniach trudno oddzielić "ja" od "ty", bo wspólne przeżycia budują
wspólne doświadczenia. Cackowski uważa, że ból ostatecznego rozstania nosi piętno
egoizmu. Żegnając kogoś bliskiego płaczemy tym mocniej, im bardziej uczestniczył
on w naszych wspomnieniach. Saint-Exupéry powiedziałby, że rozstając się z osobą
oswojoną przez miłość lub przyjaźń, tracimy część wspólnej przeszłości. Po tragicznej
śmierci przyjaciela opisał sens tej straty słowami: "...zniknął, a był do tego stopnia
7
częścią nas samych, że wielu z nas cierpi dziś na melancholię, której nie znaliśmy
wcześniej". (16)
Zdanie "najważniejsze jest niewidzialne dla oczu" wskazuje, że najistotniejszą
wartością życia, śmierci i spotkanych ludzi jest to, co ukryte - swoista tajemnica.
Pustynia zyskuje piękno przez nieodkrytą studnię, dom ozdabia nieodnaleziony skarb.
"To, co upiększa dom, czy gwiazdy, czy pustynie, jest niewidzialne". (17) Tajemnica
odchodzących wspomnień była dla Saint-Exupéry'ego najgłębszym dramatem śmierci
człowieka. Przebywając wśród Maurów wiele razy widział jak umierają czarni
niewolnicy. Odchodzili, gdy byli niezdolni do pracy. Ginęli na pustyni. "Dzieci bawiły
się w pobliżu ciemnego przedmiotu i co dzień o świcie, jak do zabawy, biegły
zobaczyć, czy się jeszcze porusza, ale nie śmiały się ze starego sługi." SaintExupéry'ego poruszało nie tyle okrucieństwo tej śmierci, co zasób wspomnień
ginących bezpowrotnie z odchodzącym człowiekiem: "wtedy po raz pierwszy zdałem
sobie sprawę, że gdy umiera człowiek, nieznany świat odchodzi w przeszłość...
Twarda czaszka przypominała mi starą skrzynię na skarby. Nie wiedziałem, jakie
barwne jedwabie, jakie obrazy odświętne, jakie ruiny tak niezwykłe tutaj, tak
niepotrzebne na tej pustyni, ocalały z rozbicia". (18) Posługując się ulubionymi
słowami Saint-Exupéry'ego, można powiedzieć, że gdy umiera człowiek oswojony,
zostaje po nim bogactwo wspomnień, śmierć człowieka samotnego pozostawia
nieodkrytą tajemnicę, bo wspomnienia niezwiązane z nikim stają się bezpowrotnie
utraconym skarbem. W każdym jednak przypadku Saint-Exupéry rozumie śmierć jako
odchodzenie miłości. Nawet, gdy pocieszenia każe szukać w gwiazdach, to dlatego by
przypomnieć sobie to, co już było. Śmierć kończy miłość i pozbawia ją czasu
przyszłego. Nie ma tu wzniesienia się na taki poziom metafizyki, który pozwoli
zrozumieć głęboki sens łączący spotkania z rozstaniami. Pięknem poetyckiego tekstu
opisał to ksiądz Twardowski:
„Śmierć miłości potrzebna
Jak sól ją utrwala (...)
Dopiero po rozstaniu pamięta się wszystko"
Saint-Exupéry pisał o najbardziej ludzkiej tęsknocie za miłością. Marzył o uczuciu,
którym obdarowuje się wewnętrzne piękno niewidzialne dla oczu. Kochającego
człowieka porównywał do troskliwego ogrodnika, który wytrwale zabiega o uczucie
i odpowiedzialnie przyjmuje jego istnienie. W książce tą ukochaną rośliną uczynił
różę, w życiu prywatnym największym komplementem, jaki mógł powiedzieć
kobiecie, było porównanie jej do zielonego pola, kwietnej rabaty lub przedziwnej
pustyni. Marzył o tym, że kiedyś wszyscy zostaną ogrodnikami, ta praca urastała
w jego oczach do symbolu postawy moralnej. Saint-Exupéry w sposób intuicyjny
podnosił człowieka do rangi niemal boskiej, przez miłość cierpliwą i odpowiedzialną.
Człowiek, który z troską pielęgnuje obiekt swoich uczuć, staje się podobny do Boga Ogrodnika, który czeka, aż drzewo figowe posadzone Jego ręką, rozwinie się i wyda
owoce.
Pytanie o sens istnienia zadaje każdy myślący człowiek. Podpowiedzi można
szukać u mistrzów, odpowiedź musi być własna i niepowtarzalna. Dla SaintExupéry'ego sposób na wzbogacenie życia to "poświęcenie się jakiejś wyższej
8
sprawie" i szukanie wspólnoty z ludźmi aż do najgłębszego oswojenia, jakim jest
miłość. Hans Selye - pragmatyczny badacz mechanizmów stresu - opisał swoje
przemyślenia dotyczące mądrości przemijania. Jego wskazówki są konkretne
i realistyczne. Przestrzega przed ambitnymi dążeniami, bo mogą być przyczyną
bolesnych rozczarowań i niszczącej frustracji. W dalekim od dobrej poezji
dwuwierszu Selye - lekarz z wykształcenia - zalecał:
„Sięgaj zawsze, jak możesz najwyżej,
Ale, gdy walczysz na próżno zstąp niżej". (19)
Jest to sentencja odbiegająca od romantycznego mierzenia sił na zamiary, a jednak
ten sam Selye, który twierdził, że jedyne, co łączy ludzi, to podporządkowanie
biologicznym prawom istnienia, stworzył teorię pozyskiwania przyjaciół, w której są
tony współbrzmiące z pojęciem oswajania Saint-Exupéry'ego. Wprawdzie Hans Selye
traktuje zdobywanie miłości i wdzięczności instrumentalnie, jako metodę
zabezpieczania się przed ewentualną agresją. Budowanie więzi z ludźmi ma być
jedynym sposobem mądrego życia, ale z kategorii bliźnich zostają wyrzuceni ci,
którzy za dobro odpłacają złem. Selye każe się ich strzec i opatruje etykietą
"wściekłych psów". Ten sam autor, który twierdzi, że wszechogarniająca miłość
zaprzecza biologicznym prawom przetrwania, pisze, że jedynym skarbem, który
pozostaje na zawsze naszą własnością, jest zdolność zyskiwania miłości i sam chce
powiększać ten kapitał.
Hans Selye opisał zdarzenie, dzięki któremu zrozumiał sens i niepowtarzalność
własnego życia. W tej relacji realną i metaforyczną rolę odgrywała róża - kwiat
Małego Księcia. (20) Pewnego dnia Selye gościł w kalifornijskim domu swojego
kolegi. Po kolacji obaj usiedli w salonie i przez panoramiczne okna patrzyli
w ciemność nocy. Gospodarz powiedział, że kocha kwiaty, a za oknem jest właśnie
ogród róż. Nacisnął przycisk i rozświetlił ciemność błękitnym światłem. Kolejne ruchy
urządzenia wydobywały róże z mroku wszystkimi barwami tęczy. Widok był
porywający, ale Selye też kochał kwiaty i poczuł żal, że jego jedyny kaktus wygląda
bardzo zwyczajnie. Wracając do domu zmagał się z tymi odczuciami i nagle
uświadomił sobie, że Instytut, w którym pracuje, jest dla niego tym wyjątkowym
miejscem, swoistym ogrodem róż, który pozwala na niepowtarzalną ekscytację.
Przewyższa nawet niezwykłą instalację przyjaciela, bo pozwala na kontemplację
prawdy i przynosi pożyteczne owoce. Saint-Exupéry tęskniąc za spełnionym życiem
przywoływał obraz jednej róży, Hans Selye - cały ogród tych kwiatów. Obaj pragną
istnienia, w którym nie ma monotonii. Dla obu jedynym sposobem było życie pełne
pasji. Nie ma znaczenia, czy jest zwrócona na jedną osobę, czy jedną dziedzinę życia.
Ważne, żeby dotyczyła tego, co najważniejsze. Namiętność, która nie wygasa, można
mieć, ale nie można jej posiadać. Takie uczucie wymaga wrażliwości, żeby mogło
powstać, cierpliwości, żeby się rozwijać i odpowiedzialności, żeby trwać. Zmusza
więc do nieustannego czuwania. Każąc troszczyć się o każdą upływającą chwilę nie
pozwala przegapić niczego, co istotne w życiu.
9
***
Marzenie o ogrodzie jest odwołaniem do najgłębszych, często nienazwanych
tęsknot człowieka. Zadziwiające, jak wiele barier trzeba przełamać, żeby powiedzieć
o tym, czego się najbardziej pragnie. Został wypracowany cały rytuał mówienia
szeptem najpiękniejszych słów. Przygaszone światła budują nastrój, ale jednocześnie
pozwalają ukryć twarz w mroku. Mówieniu o miłości towarzyszy zażenowanie bliskie
zawstydzeniu. Trzeba odwagi, żeby głośno powiedzieć "kocham", nie ma żadnych
problemów, żeby podnieść głos w złości. Tęsknota za pięknem pozostaje głęboko
ukryta. Zwracając się do dzieci można bezpiecznie przełamać onieśmielenie i zdobyć
się na prawdę. Innym dramatycznym wyzwalaczem szczerości jest śmierć. Wyrok
z ust lekarzy tragicznie określa czas, którego nie można już zmarnować. Horyzont się
zacieśnia i każda chwila nabiera niewyobrażalnego dotąd sensu. Nie ma miejsca
na rytuały i domysły. Tego, co ma być powiedziane nie można odkładać, bo później
może znaczyć nigdy. Dla człowieka umierającego nie ma asekuracji, odkrycie uczuć
do drugiej osoby staje się niepowtarzalną szansą spotkania przed ostatecznym
rozstaniem. Lęk przed odrzuceniem nie maleje, ale świadomość końca każe podjąć
maksymalne ryzyko. Śmierć bezwzględnie oddziela prawdę od zakłamania, sprawom
ważnym nadaje rangę pilności, bo nie ma już czasu na ucieczkę. Na co dzień odsuwa
się życie na później, pracowicie tworząc poczucie nieprzemijalności. Prawdziwe
tęsknoty wypychane są ze świadomości przez strach. Hasło: "nie lękajcie się"
pozostaje zbyt trudnym wyzwaniem. Tylko w nocy marzenia wydobywają się
z ukrycia i w snach pokazują, co naprawdę jest ważne.
Tęsknoty schowane głęboko nie przestają istnieć i niepokoić. Przypominają o sobie
w spotkaniu z pięknem. Kontakt ze sztuką, poruszając emocje burzy spokój
zakłamanej codzienności. Bywa i tak, że sentymentalne książki lub banalne filmy
wzbudzają wielkie zainteresowanie, ale ten poziom twórczości pozwala zaledwie
na zastępcze przeżywanie wzruszeń, staje się swoistym snem z otwartymi oczami.
Autentyczne dzieła sztuki niepokoją i prowokują do szukania prawdy o sobie, nie dają
szansy na zaspokojenie substytutem. Wśród nieporównywalnych dziedzin artyzmu,
zadziwiająca jest siła muzyki. Abstrakcyjna konstrukcja dźwięków jest w stanie
wywołać przeżycia od euforii do rozpaczy. Nieprzekładalne na rzeczywistość melodie
budują zmysłowe odczucia i fizycznie zmieniając tętno, wpływają na rytm serca.
Muzyka nie odwołuje się do obrazów i nie posługuje zamkniętym kodem językowym,
a jednak wywołuje tęsknoty i pobudza marzenia. Współbrzmi ze zdaniami SaintExupery'ego, że "najważniejsze jest niewidzialne dla oczu", a "słowa są źródłem
nieporozumień".
Przypisy: 1S. Schiff, Antoine de Saint-Exupéry. Wielki Mały Książę XX wieku, wyd. Alfa, Warszawa 1998,
s. 480. 2tamże, s. 437. 3tamże, s. 19. 4tamże, s. 185. 5A. de Saint-Exupéry, Mały Książę, Instytut Wydawniczy
PAX, 1967, s. 62. 6tamże, s. 27. 7tamże, s. 29. 8tamże, s. 65. 9tamże, s. 59. 10tamże, s. 62. 11tamże, s. 65. 12tamże,
s. 29. 13 S. Schiff, dz. cyt., s. 85. 14tamże, s. 85. 15tamże, s. 459. 16tamże, s. 353. 17A. de Saint-Exipéry, dz. cyt.,
s. 69. 18S. Schiff, dz. cyt., s. 27. 19H. Selye, Stres okiełznany, PIW, Warsz. 1976, s. 106. 20tamże, s. 88 i nast.
Anna Borkowska: psycholog
10
Antoine de Saint-Exupéry
Mały Książę
tłumaczenie Jana Szwykowskiego
Leonowi Werth
Przepraszam wszystkie dzieci za poświęcenie tej książki dorosłemu. Mam ważne ku temu
powody: ten dorosły jest moim najlepszym przyjacielem na świecie. Drugi powód:
ten dorosły potrafi zrozumieć wszystko, nawet książki dla dzieci. Mam też trzeci powód:
ten dorosły znajduje się we Francji, gdzie cierpi głód i chłód. I trzeba go pocieszyć. Jeśli
te powody nie wystarczą - chętnie poświęcę tę książkę dziecku, jakim był kiedyś ten dorosły.
Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi. Choć niewielu z nich o tym pamięta. Zmieniam więc
moją dedykację:
Leonowi Werth, gdy był małym chłopcem.
Gdy miałem sześć lat, zobaczyłem pewnego razu wspaniały obrazek w książce opisującej
puszczę dziewiczą. Książka nazywała się "Historie prawdziwe". Obrazek przedstawiał węża
boa, połykającego drapieżne zwierzę. Oto kopia rysunku:
W książce było napisane: "Węże boa połykają w całości schwytane zwierzęta. Następnie
nie mogą się ruszać i śpią przez sześć miesięcy, dopóki zdobycz nie zostanie strawiona".
11
Po obejrzeniu obrazka wiele myślałem o życiu dżungli. Pod wpływem tych myśli udało
mi się przy pomocy kredki stworzyć mój pierwszy rysunek. Rysunek numer 1. Wyglądał on
tak:
Pokazałem moje dzieło dorosłym i spytałem, czy ich przeraża.
- Dlaczego kapelusz miałby przerażać? - odpowiedzieli dorośli.
Mój obrazek nie przedstawiał kapelusza. To był wąż boa, który trawił słonia.
Narysowałem następnie przekrój węża, aby dorośli mogli zrozumieć. Im zawsze trzeba
tłumaczyć. Mój rysunek numer 2 wyglądał następująco:
Dorośli poradzili mi, abym porzucił rysowanie węży zamkniętych oraz otwartych i abym
się raczej zajął geografią, historią, arytmetyką i gramatyką. W ten sposób, mając lat sześć,
porzuciłem wspaniałą karierę malarską. Zraziłem się niepowodzeniem rysunku numer 1
i numer 2. Dorośli nigdy nie potrafią sami zrozumieć. A dzieci bardzo męczy konieczność
stałego objaśniania. Musiałem wybrać sobie inny zawód: zostałem pilotem. Latałem po całym
świecie i muszę przyznać, że znajomość geografii bardzo mi się przydała. Potrafiłem jednym
rzutem oka odróżnić Chiny od Arizony. Ta wiedza oddaje duże usługi, szczególnie wówczas,
gdy się błądzi nocą.
Zawód pilota dał mi okazję do licznych spotkań z wieloma poważnymi ludźmi. Wiele
czasu spędziłem z dorosłymi. Obserwowałem ich z bliska. Lecz to nie zmieniło mej opinii
o nich. Gdy spotykałem dorosłą osobę, która wydawała mi się trochę mądrzejsza, robiłem
na niej doświadczenie z moim rysunkiem numer 1, który stale nosiłem przy sobie. Chciałem
wiedzieć, czy mam do czynienia z osobą rzeczywiście pojętną. Lecz za każdym razem
odpowiadano mi: - To jest kapelusz. - Wobec tego nie rozmawiałem ani o wężach boa, ani
o lasach dziewiczych, ani o gwiazdach. Starałem się być na poziomie mego rozmówcy.
Rozmawiałem o brydżu, golfie, polityce i krawatach. A dorosły był zadowolony, że poznał
tak rozsądnego człowieka.
W ten sposób, nie znajdując z nikim wspólnego języka, prowadziłem samotne życie
aż do momentu przymusowego lądowania na Saharze. Było to sześć lat temu. Coś się zepsuło
w motorze. Ponieważ nie towarzyszył mi ani mechanik, ani pasażerowie, musiałem sam
zabrać się do bardzo trudnej naprawy. Była to dla mnie kwestia życia lub śmierci. Miałem
zapas wody zaledwie na osiem dni.
12
Pierwszego wieczoru zasnąłem na piasku, o tysiąc mil od terenów zamieszkałych. Byłem
bardziej osamotniony, niż rozbitek na tratwie pośrodku oceanu. Toteż proszę sobie wyobrazić
moje zdziwienie, gdy o świcie obudził mnie czyjś głosik. Posłyszałem:
- Proszę cię, narysuj mi baranka.
- Co takiego?
- Narysuj mi baranka.
Zerwałem się na równe nogi. Przetarłem dobrze oczy. Natężyłem wzrok. I zobaczyłem
niezwykłego małego człowieka, który bacznie mi się przyglądał. Oto jego najlepszy portret,
który udało mi się zrobić później:
Oczywiście nie jest on na tym rysunku tak czarujący jak w rzeczywistości. To nie moja
wina. Gdy miałem sześć lat, dorośli zniechęcili mnie do malarstwa i dlatego umiem rysować
tylko węże boa zamknięte i otwarte.
Patrzyłem na to zjawisko oczyma okrągłymi ze zdziwienia. Nie zapominajcie,
że znajdowałem się o tysiąc mil od terenów zamieszkałych.
Tymczasem człowieczek nie wyglądał ani na zabłąkanego, ani na ginącego ze zmęczenia,
ani na umierającego z pragnienia czy głodu, ani na przestraszonego. W niczym nie
przypominał dziecka zgubionego w środku pustyni, o tysiąc mil od miejsc zamieszkałych.
Gdy wreszcie odzyskałem mowę, odezwałem się:
- Ale... cóż ty tutaj robisz?
A on powtórzył bardzo powoli, jak gdyby chodziło o niezwykle ważną sprawę:
- Proszę cię, narysuj mi baranka ...
Zawsze ulega się urokowi tajemnicy. Pomimo niedorzeczności sytuacji - byłem bowiem
o tysiąc mil od terenów zamieszkałych i grozi mi niebezpieczeństwo śmierci - wyciągnąłem
z kieszeni kartkę papieru i wieczne pióro. W tym momencie przypomniałem sobie,
że przecież uczyłem się tylko geografii, historii, rachunków i gramatyki, więc zmartwiony
powiedziałem chłopcu, że nie umiem rysować. Ale on odrzekł:
- To nic nie szkodzi. Narysuj mi baranka.
Ponieważ nigdy w życiu nie rysowałem baranka, pokazałem mu jeden z dwóch rysunków,
jakie umiałem zrobić: rysunek węża boa zamkniętego. Ku memu zdziwieniu chłopczyk
odpowiedział:
13
- Nie, nie. Nie chcę słonia połkniętego przez węża boa. Boa jest zbyt niebezpieczny, a słoń
za duży. Mam za mało miejsca. Potrzebny mi jest baranek. Narysuj mi baranka.
Narysowałem baranka. Mały przyjrzał się uważnie i rzekł:
- Nie, ten baranek jest już bardzo chory. Zrób innego.
Narysowałem.
Mały przyjaciel uśmiechnął się grzecznie z pobłażaniem:
- Przyjrzyj się. To nie jest baranek, to baran. On ma rogi.
Zrobiłem nowy rysunek, ale został odrzucony tak jak poprzedni:
- Ten baranek jest za stary. Chcę mieć baranka, który będzie długo żył.
Tracąc już cierpliwość - chciałem bowiem jak najprędzej zabrać się do naprawy motoru nabazgrałem ten obrazek i powiedziałem:
- To jest skrzynka. Baranek, którego chciałeś mieć, jest w środku.
Byłem bardzo zdziwiony, widząc radość na buzi małego krytyka.
- To jest właśnie to, czego chciałem. Czy myślisz, ze trzeba dużo trawy dla tego baranka?
- Dlaczego pytasz?
- Bo mam tak mało miejsca ...
- Na pewno wystarczy. Dałem ci zupełnie małego baranka.
Pochylił główkę nad rysunkiem.
- Nie taki znowu mały. Zobacz, zasnął ...
Tak wyglądał początek mojej znajomości z Małym Księciem.
14
Dużo czasu upłynęło, zanim zrozumiałem, skąd przybył. Mały Książę, choć sam zadawał
mi wiele pytań udawał, że moich nie słyszy dopiero z wypowiedzianych przypadkowo słów
poznałem jego historię. Kiedy po raz pierwszy ujrzał mój samolot (nie narysuję mego
samolotu, ponieważ jest to rysunek zbyt trudny), zapytał:
- Co to za przedmiot?
- To nie jest przedmiot. To lata. To samolot. To mój samolot.
Byłem bardzo dumny, mogąc mu powiedzieć, latam. Wtedy zapytał:
- Jak to? Spadłeś z nieba?
- Tak - odparłem skromnie.
- Ach, to zabawne...
I Mały Książę wybuchnął śmiechem, który mnie rozgniewał. Wolałbym, aby poważniej
traktowano moje nieszczęście. Po chwili powiedział:
- A więc ty też spadłeś z nieba? Z jakiej planety pochodzisz?
W tym momencie rozjaśnił mi się nieco mrok otaczający jego zjawienie się i spytałem
natychmiast:
- Więc ty przybyłeś z innej planety?
Ale on nie odpowiadał. Schylił głowę i uważnie przyglądał się memu samolotowi.
- To prawda. Przy pomocy czegoś takiego nie mogłeś przybyć z daleka.
I pogrążył się w rozmyślaniach. Następnie wyjął z kieszeni baranka i zaczął uważnie
przyglądać się swemu skarbowi.
Możecie sobie wyobrazić, jak bardzo byłem zaintrygowany tym zagadkowym
zwierzeniem o innych planetach. Starałem się zatem dowiedzieć czegoś więcej.
15
- Skąd przybyłeś, mój mały? Gdzie jest twój dom? Dokąd chcesz zabrać baranka?
Po chwili pełnej skupienia powiedział:
- Dobrą stroną tej skrzynki, którą mi dałeś, jest to, że będzie w nocy jego domkiem.
- Naturalnie. Jeżeli będziesz grzeczny, dam ci jeszcze linkę i palik, abyś mógł go w dzień
przywiązywać.
Ta propozycja uraziła Małego Księcia.
- Przywiązywać? Też pomysł!
- Jeżeli go nie przywiążesz, to pójdzie gdziekolwiek i zginie.
Mój mały przyjaciel znowu się roześmiał.
- A gdzież on ma iść?
- Gdziekolwiek, prosto przed siebie.
Wtedy Mały Książę powiedział z powagą:
- To nie ma znaczenia. Ja mam tak mało miejsca.
Następnie dorzucił z odrobiną - jak mi się wydawało - smutku:
- Idąc prosto przed siebie nie można zajść daleko ...
W ten sposób dowiedziałem się drugiej ważnej rzeczy: że planeta, z której pochodził,
niewiele była większa od zwykłego domu. Ta wiadomość nie zdziwiła mnie. Wiedziałem
dobrze, że oprócz dużych planet, takich jak Ziemia, Jowisz, Mars, Wenus, którym nadano
imiona, są setki innych, tak małych, że z wielkim trudem można je zobaczyć przy pomocy
teleskopu. Kiedy astronom odkrywa którąś z nich, daje jej zamiast imienia numer. Nazywa ją
na przykład gwiazdą 3251.
Miałem pewne podstawy, aby sądzić, że planeta, z której przybył Mały Książę, jest
gwiazdą B-612. Ta gwiazda była widziana raz tylko, w 1909 roku, przez tureckiego
astronoma, który swoje odkrycie ogłosił na Międzynarodowym Kongresie Astronomów. Nikt
jednak nie chciał mu uwierzyć, ponieważ miał bardzo dziwne ubranie. Tacy bowiem są
dorośli ludzie.
16
Na szczęście dla planety B-612 turecki dyktator kazał pod karą śmierci zmienić swojemu
ludowi ubiór na europejski. Astronom ogłosił po raz wtóry swoje odkrycie w roku 1920 i tym razem był ubrany w elegancki frak. Cały świat mu uwierzył.
Opowiedziałem wam te szczegóły o planecie B-612 i podałem numer ze względu
na dorosłych. Dorośli są zakochani w cyfrach. Jeżeli opowiadacie im o nowym przyjacielu,
nigdy nie spytają o rzeczy najważniejsze. Nigdy nie usłyszycie: "Jaki jest dźwięk jego głosu?
W co lubi się bawić? Czy zbiera motyle?"
Oni spytają was: "Ile ma lat? Ilu ma braci? Ile waży? Ile zarabia jego ojciec?" Wówczas
dopiero sądzą, że coś wiedzą o waszym przyjacielu.
Jeżeli mówicie dorosłym: "Widziałem piękny dom z czerwonej cegły, z geranium
w oknach i gołębiami na dachu" - nie potrafią sobie wyobrazić tego domu. Trzeba im
powiedzieć: "Widziałem dom za sto tysięcy złotych". Wtedy krzykną: "Jaki to piękny dom!"
Jeżeli powiecie dorosłym: "Dowodem istnienia Małego Księcia jest to, że był śliczny,
że śmiał się i że chciał mieć baranka, a jeżeli chce się mieć baranka, to dowód, że się istnieje"
- wówczas wzruszą ramionami i potraktują was jak dzieci. Lecz jeżeli im powiecie,
że przybył z planety B-612, uwierzą i nie będą zadawać niemądrych pytań. Oni są właśnie
tacy. Nie można od nich za dużo wymagać. Dzieci muszą być bardzo pobłażliwe w stosunku
do dorosłych.
My jednak, którzy dobrze rozumiemy życie, kpimy sobie z cyfr. Chciałbym zacząć
tę historię, jak zaczyna się baśń. Wolałbym powiedzieć: "Był pewnego razu Mały Książę,
który mieszkał na planecie troszeczkę większej od niego i który bardzo chciał mieć
przyjaciela ..."
Dla tych, którzy znają życie, wyglądałoby to o wiele prawdziwiej.
Byłoby mi przykro, gdyby moją książkę traktowano niepoważnie. Z wielkim bólem
opowiadam te wspomnienia. Sześć lat minęło już od chwili, kiedy mój przyjaciel odszedł
ze swoim barankiem. Próbuję opisać go po to, aby nie zapomnieć. To bardzo przykre
zapomnieć przyjaciela. A przecież nie każdy dorosły ma przyjaciela. I mógłbym stać się
podobny do dorosłych, którzy interesują się tylko cyframi. Dlatego też kupiłem sobie pudełko
z farbami i ołówki. Bardzo trudno zabrać się do rysowania w moim wieku, tym bardziej,
że jedyne próby w tym kierunku, to były rysunki węża boa zamkniętego i otwartego, rysunki,
17
które robiłem mając sześć lat. Postaram się jednak, aby portrety były jak najwierniejsze. Sam
nie jestem pewien, czy mi się to uda. Jeden rysunek jest dobry, drugi gorszy. Myli mi się
trochę wzrost Małego Księcia. Tutaj jest za duży, tam znów za mały. Waham się, malując
kolory jego stroju. Błądzę w ciemnościach wspomnień i w rezultacie mylę się w rzeczach
bardzo zasadniczych. Ale trzeba mi to wybaczyć. Mój przyjaciel nigdy mi nic nie objaśniał.
Uważał pewnie, że jestem podobny do niego. Ja jednak nie potrafię, niestety, widzieć baranka
przez ściany skrzynki. Możliwe więc, że jestem trochę podobny do dorosłych. Juz się
prawdopodobnie zestarzałem.
Codziennie dowiadywałem się czegoś nowego o planecie, o wyjeździe, o podróży.
Wiadomości te gromadziły się z wolna i przypadkowo. I tak trzeciego dnia poznałem dramat
baobabów.
W tym przypadku stało się to dzięki barankowi. Mały Książę spytał mnie nagle, jakby
w coś zwątpił:
- Czy to prawda, że baranki zjadają krzaki?
- Tak, to prawda.
- O, to bardzo się z tego cieszę.
- Nie rozumiałem, jakie znaczenie może mieć wiadomość, że baranki zjadają krzaki.
Ale Mały Książę dodał:
- Wobec tego one jedzą także baobaby?
Wytłumaczyłem mu, że baobaby nie są krzakami, lecz drzewami, i to tak dużymi jak
kościoły, i gdyby nawet zabrał ze sobą całe stado słoni, to nie dałyby one rady jednemu
baobabowi.
Na myśl o stadzie słoni Mały Książę roześmiał się:
- Trzeba byłoby poustawiać jednego na drugim.
Później dodał z namysłem:
- Ale nim baobaby staną się drzewami, są malutkie.
- To prawda. Ale dlaczego chcesz, żeby baranki zjadały małe baobaby?
18
Odpowiedział mi: - Dobrze, dobrze... - jakby chodziło o rzecz najzupełniej oczywistą.
Musiałem zrobić duży wysiłek, aby zrozumieć to bez niczyjej pomocy. Okazało się, że na
planecie Małego Księcia, tak jak na wszystkich planetach, rosły rośliny pożyteczne oraz
zielska. W rezultacie znajdowały się tam dobre nasiona roślin pożytecznych i złe nasiona
zielsk. Ale ziarna są niewidoczne. Śpią sobie skrycie w ziemi aż do chwili, kiedy któremuś
z nich przyjdzie ochota obudzić się. Wypuszcza wtedy cudowny, bezbronny pęd, który
najpierw nieśmiało wyciąga się ku słońcu. Jeżeli jest to pęd rzodkiewki albo róży, można mu
pozwolić rosnąć, jak chce. Ale jeżeli jest to zielsko, trzeba wyrwać je jak najszybciej, gdy
tylko się je rozpozna. Otóż na planecie Małego Księcia były ziarna straszliwe. Ziarna
baobabu. Zakażony był nimi cały grunt. A kiedy baobab wyrośnie, to na wyrwanie jest za
późno i nigdy już nie można się go pozbyć. Zajmie całą planetę. Przeorze ją korzeniami.
A jeżeli planeta jest mała, a baobabów jest dużo, to one ją rozsadzają.
- Jest to kwestia dyscypliny - powiedział mi później Mały Książę. - Rano, po umyciu się,
trzeba robić bardzo dokładną toaletę planety. Trzeba się zmusić do regularnego wyrywania
baobabów, i to natychmiast po odróżnieniu ich od krzewów róży, do których są w młodości
bardzo podobne. Jest to praca bardzo nudna, lecz bardzo łatwa ...
Pewnego dnia poradził mi, abym spróbował narysować ładny obrazek, który by pomógł
dzieciom z naszej planety zrozumieć niebezpieczeństwo baobabów.
19
- Gdyby kiedyś podróżowały - mówił mi - może im się przydać. Czasem odłożenie pracy
na później nie przynosi szkody. Lecz w wypadku baobabu jest to zawsze katastrofą. Znałem
planetę, którą zamieszkiwał leniuch. Zlekceważył trzy pędy ...
Według wskazówek Małego Księcia narysowałem tę planetę. Nie lubię prawić morałów.
Lecz niebezpieczeństwo baobabów jest tak mało znane, a ryzyko, na jakie narażają się ci,
którzy zabłądzą na jedną z małych planet, jest tak poważne, że tym razem odstąpię od mych
zasad. I mówię: dzieci, uważajcie na baobaby!
Wiele pracy kosztował mnie ten rysunek, który zrobiłem po to, aby ostrzec mych
przyjaciół przed niebezpieczeństwem od dawna grożącym, a nieznanym. Mój trud jednakże
opłacił się. Może zapytacie, dlaczego w tej książce nie ma innych równie wspaniałych
rysunków jak rysunek baobabów? Odpowiedź jest prosta: próbowałem je zrobić, lecz mi się
nie udały. Gdy malowałem baobaby, kierowała mną jakaś wewnętrzna konieczność.
Powoli zrozumiałem, Mały Książę, twoje smutne życie. Od dawna jedyną rozrywką był
dla ciebie urok zachodów słońca. Ten nowy szczegół twego życia poznałem czwartego dnia
rano, gdyś mi powiedział:
- Bardzo lubię zachody słońca. Chodźmy zobaczyć zachód słońca.
- Ale trzeba poczekać.
- Poczekać na co?
- Poczekać, aż słońce zacznie zachodzić.
Początkowo zrobiłeś zdziwioną minę, a później roześmiałeś się i rzekłeś:
- Ciągle mi się wydaje, że jestem u siebie.
Rzeczywiście, wszyscy wiedzą, że kiedy w Stanach Zjednoczonych jest godzina
dwunasta, we Francji słońce zachodzi. Gdyby można się było w ciągu minuty przenieść ze
Stanów do Francji, oglądałoby się zachód słońca. Niestety, Francja jest daleko. Ale na twojej
planecie mogłeś przesunąć krzesełko o parę kroków i oglądać zachód słońca tyle razy, ile
chciałeś ...
- Pewnego dnia oglądałem zachód słońca czterdzieści trzy razy - powiedział Mały Książę,
a w chwilę później dodał:
- Wiesz, gdy jest bardzo smutno, to kocha się zachody słońca.
- Więc wówczas gdy oglądałeś je czterdzieści trzy razy, byłeś aż tak bardzo smutny? zapytałem.
Ale Mały Książę nie odpowiedział.
20
Piątego dnia, znowu dzięki barankowi, odkryłem nową tajemnicę Małego Księcia.
Gwałtownie, bez żadnego wstępu, zapytał mnie, jak gdyby po długim zastanawianiu się
w samotności:
- Jeżeli baranek zjada krzaki, to je także kwiaty?
- Baranek je wszystko, co napotka.
- Nawet kwiaty, które mają kolce?
- Tak, nawet kwiaty, które mają kolce.
- A więc do czego służą kolce?
Nie wiedziałem. Byłem w tym momencie zajęty luzowaniem zbyt ściągniętego sworznia
mego motoru. Niepokoiłem się bardzo, ponieważ zacząłem rozumieć, że uszkodzenie jest
poważne, a woda do picia kończy się. Myślałem o najgorszym.
- Do czego służą kolce?
Mały Książe nigdy nie rezygnował z postawionego raz pytania. Byłem zdenerwowany
stanem mojej maszyny i odpowiedziałem byle co:
- Kolce nie służą do niczego. To tylko złośliwość kwiatów.
Mały Książę westchnął, a po chwili milczenia powiedział urażony:
- Nie wierzę ci. Kwiaty są słabe, są naiwne. One zabezpieczają się, jak mogą. Im się
wydaje, że z kolcami są bardzo groźne.
Nie odpowiedziałem. Mówiłem sobie w tej chwili: "Jeżeli ten sworzeń nie puści, wybiję
go młotkiem". Mały Książę przerwał moje myśli
- I ty sądzisz, że kwiaty...
- Ale nie, nic nie sądzę. Odpowiedziałem byle co. Zajmuję się poważnymi sprawami.
Popatrzył na mnie zdumiony.
- Poważnymi sprawami?
Widział mnie stojącego z młotkiem w ręku, z palcami czarnymi od smaru, schylonego
nad przedmiotem, który wydawał mu się bardzo brzydki.
21
- Mówisz jak dorośli.
Zawstydziłem się. Ale on dodał bezlitośnie:
- Nie rozumiesz nic. Mieszasz wszystko.
Był naprawdę bardzo rozgniewany. Potrząsał złotymi lokami, rozsypującymi się
na wietrze.
- Znam planetę, na której mieszka pan o czerwonej twarzy. On nigdy nie wąchał kwiatów.
Nigdy nie patrzył na gwiazdy. Nigdy nikogo nie kochał. Niczego w życiu nie robił poza
rachunkami. I cały dzień powtarza tak jak ty: "Jestem człowiekiem poważnym, jestem
człowiekiem poważnym". Nadyma się dumą. Ale to nie jest człowiek, to jest grzyb.
- Co?
- Grzyb!
Mały Książę był blady ze złości.
- Od milionów lat kwiaty mają kolce. Mimo to od milionów lat baranki jedzą kwiaty.
A czy nie wydaje ci się godne wyjaśnienia, dlaczego kwiaty zadają sobie tyle trudu
dla wytworzenia kolców, które nie służą do niczego? Czy wojna między kwiatami
a barankami nie jest rzeczą poważną? Czy to nie jest ważniejsze niż rachunki grubego,
czerwonego pana? Jeżeli ja znam jedyny kwiat, który nigdzie poza moją planetą nie istnieje,
i jeżeli mały baranek może go któregoś ranka zniszczyć za jednym zamachem, nie zdając
sobie sprawy z tego, co czyni, czyż nie ma to żadnego znaczenia?
Poczerwieniał. Po chwili mówił dalej;
- Jeśli ktoś kocha kwiat, który jest jedyny na milionach i milionach planet, tomu wystarcza
do szczęścia patrzenie na gwiazdy i mówi sobie: "Gdzieś tam jest mój kwiat:. Lecz jeśli
baranek zje kwiat, to tak jakby wszystkie gwiazdy zgasły. I to nie jest ważne?
Nie mógł mówić dłużej. Wybuchnął płaczem. Noc zapadła. Porzuciłem moje narzędzia.
Kpiłem sobie z młotka, ze sworznia, z wody i ze śmierci. Na jednej gwieździe, na planecie,
na mojej Ziemi był Mały Książę, którego musiałem pocieszyć. Wziąłem go na ręce
i ukołysałem. Powiedziałem:
- Kwiatowi, który kochasz, nie grozi niebezpieczeństwo. Narysuję ci kaganiec dla twego
baranka, narysuję osłonę dla twego kwiatu... Ja...
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Czułem się nieswojo. Nie wiedziałem, jak do niego
przemówić, czym go pocieszyć. Świat łez jest taki tajemniczy.
22
Wkrótce poznałem lepiej ten kwiat. Na planecie Małego Księcia kwiaty były zawsze
bardzo skromne, o pojedynczej koronie płatków, nie zajmujące miejsca i nie przeszkadzające
nikomu. Pojawiały się któregoś ranka wśród traw i więdły wieczorem. Krzak róży
wykiełkował w ciągu dnia z ziarna przyniesionego nie wiadomo skąd i Mały Książę z uwagą
śledził ten pęd, zupełnie niepodobny do innych pędów. Mógł to być nowy gatunek baobabu.
Lecz krzak szybko przestał rosnąć i zaczął się formować kwiat. Mały Książę, który śledził
pojawienie olbrzymiego pąka, wyczuwał, iż wykwitnie z niego jakieś cudowne zjawisko, lecz
róża schowana w swoim zielonym domku przygotowywała się powoli. Starannie dobierała
barw. Ubierała się wolno, dopasowywała płatki jeden do drugiego. Nie chciała rozkwitnąć
pognieciona jak maki. Pragnęła zjawić się w pełnym blasku swojej piękności. O, tak! Była
wielką zalotnicą. Jej tajemnicze strojenie trwało wiele dni. Aż pewnego poranka - dokładnie
o wschodzie słońca - ukazała się.
I oto ona - która tyle trudu włożyła w swój staranny wygląd- powiedziała ziewając:
- Ach, dopiero się obudziłam... Przepraszam bardzo... Jestem jeszcze nie uczesana.
Mały Książę nie mógł powstrzymać słów z zachwytu:
- Jakaż pani jest piękna!
- Prawda odpowiedziała róża cichutko.
- Urodziłam się równocześnie ze słońcem.
Mały Książę domyślił się, że róża nie jest zbyt skromna, lecz jakżeż była wzruszająca!
- Sądzę, że czas na śniadanie - dorzuciła po chwili - czy byłby pan łaskaw pomyśleć
o mnie?
23
Mały Książę, bardzo zawstydzony, poszedł po konewkę i podał jej świeżą wodę.
Wkrótce swą trochę płochliwą próżnością zaczęła go torturować. Pewnego dnia
na przykład, mówiąc o swych czterech kolcach, powiedziała:
- Mogą zjawić się tygrysy uzbrojone w pazury...
- Nie ma tygrysów na mojej planecie - sprzeciwił się Mały Książę - a poza tym tygrysy nie
jedzą trawy.
- Nie jestem trawą - odparła słodko róża.
- Proszę mi wybaczyć...
- Nie obawiam się tygrysów, natomiast czuję wstręt do przeciągów. Czy nie ma pan
parawanu?
"Wstręt do przeciągów to nie jest dobre dla rośliny - pomyślał Mały Książę. - Ten kwiat
jest bardzo skomplikowany."
- Wieczorem proszę mnie przykryć kloszem. U pana jest bardzo zimno. Złe są tu
urządzenia. Tam, skąd przybyłam...
Urwała. Przybyła w postaci nasienia. Nie mogła znać innych planet. Naiwne kłamstwo,
na którym dała się przyłapać, zawstydziło ją. Zakaszlała dwa lub trzy razy, aby pokryć
zażenowanie.
- A ten parawan?
- Ja bym przyniósł, ale pani mówiła...
24
Wtedy róża znów zaczęła kaszleć, aby Mały Książę miał wyrzuty sumienia. W ten sposób
mimo dobrej woli płynącej z jego uczucia Mały Książę przestał wierzyć róży. Wziął
poważnie słowa bez znaczenia i stał się bardzo nieszczęśliwy.
- Nie powinienem jej słuchać - zwierzył mi się któregoś dnia - nigdy nie trzeba słuchać
kwiatów. Trzeba je oglądać i wąchać. Mój kwiat napełniał całą planetę swoją wonią, lecz nie
umiałem się nim cieszyć. Historia kolców, która tak mnie rozdrażniła, powinna rozczulić...
Zwierzył się jeszcze:
- Nie potrafiłem jej zrozumieć. Powinienem sądzić ją według czynów, a nie słów.
Czarowała mnie pięknem i zapachem. Nie powinienem nigdy od niej uciec. Powinienem
odnaleźć w niej czułość pod pokrywką małych przebiegłostek. Kwiaty mają w sobie tyle
sprzeczności. Lecz byłem za młody, aby umieć ją kochać.
Sądzę, że dla swej ucieczki Mały Książę wykorzystał odlot wędrownych ptaków. Rano
przed odjazdem uporządkował dokładnie planetę. Pieczołowicie przeczyścił wszystkie
wulkany. Miał dwa czynne wulkany. To się bardzo przydaje do podgrzewania śniadań. Miał
też jeden wulkan wygasły. Ponieważ powtarzał zwykle: - Nic nigdy nie wiadomo - więc
przeczyścił także wygasły wulkan. Jeśli wulkany są dobrze przeczyszczone, palą się powoli
i równo, bez wybuchów. Wybuchy wulkanów są tym, czym zapalenie sadzy w kominie.
Oczywiście my, na naszej Ziemi, jesteśmy za mali, aby przeczyszczać wulkany. Dlatego też
sprawiają nam tyle przykrości. Mały Książę z odrobiną smutku wyrwał także ostatnie pędy
baobabów. Nie wierzył w swój powrót. Wszystkie te codzienne prace wydawały mu się tego
ranka szczególnie miłe. Kiedy po raz ostatni podlał różę i już miał ją przykryć kloszem,
poczuł, że chce mu się płakać.
- Do widzenia - powiedział róży.
Lecz ona nie odpowiadała.
- Do widzenia - powtórzył.
Róża zakaszlała. Lecz nie z powodu kataru.
- Byłam niemądra - powiedziała mu. - Przepraszam cię. Spróbuj być szczęśliwy.
Zdziwił się brakiem wymówek. Stał, całkowicie zbity z tropu, trzymając klosz
w powietrzu. Nie rozumiał tej spokojnej słodyczy.
- Ależ tak, ja cię kocham - mówiła róża. - Nie wiedziałeś o tym z mojej winy. To nie ma
żadnego znaczenia. Ale ty byłeś równie niemądry jak ja. Spróbuj być szczęśliwy. Pozostaw
spokojnie tę planetę. Nie chcę ciebie więcej.
25
- Ależ... przeciągi...
- Nie jestem już tak bardzo zakatarzona. Chłodne powietrze nocy dobrze mi zrobi. Jestem
kwiatem..
- Ale dzikie bestie...
- Muszę poznać dwie lub trzy gąsienice, jeśli chcę zawrzeć znajomość z motylem.
Topodobno takie rozkoszne. Bo któż by mnie potem odwiedzał, gdy będziesz daleko... A jeśli
chodzi o dzikie bestie, nie boję się nikogo. Mam kolce. - I naiwnie pokazała cztery kolce.
Po chwili dorzuciła: - Nie zwlekaj, to tak drażni. Zdecydowałeś się odjechać. Idź już!
Nie chciała, aby widział, że płacze. Była przecież tak dumna.
Planeta Małego Księcia krążyła w okolicy planetek 325, 326, 327, 328, 329, 330. Zaczął
więc od zwiedzania tych planet, aby znaleźć sobie zajęcie i czegoś się nauczyć.
Pierwszą zamieszkiwał Król. Ubrany w purpurę i gronostaje, siedział na tronie bardzo
skromny, lecz majestatyczny.
- Oto poddany! - krzyknął Król, gdy zobaczył Małego Księcia.
Mały Książę spytał:
- Widzisz mnie przecież po raz pierwszy, w jaki więc sposób mogłeś mnie rozpoznać?
Nie wiedział, że dla królów świat jest bardzo prosty. Wszyscy ludzie są poddanymi.
- Zbliż się, abym cię widział lepiej - powiedział Król, bardzo dumny, że nareszcie może
nad kimś panować.
Mały Książę poszukał wzrokiem miejsca, gdzie by mógł usiąść, lecz cała planeta zajęta
była przez wspaniały płaszcz gronostajowy. Stał więc nadal, a ponieważ był zmęczony
podróżą, ziewnął.
- Etykieta nie zezwala na ziewanie w obecności króla - rzekł monarcha. - Zakazuję ci
ziewać.
- Nie mogę się powstrzymać - odpowiedział Mały Książę bardzo zawstydzony. - Odbyłem
długą podróż i nie spałem.
- Wobec tego rozkazuję ci ziewać. Od lat nie widziałem ziewających. Zaciekawia mnie
ziewanie. No! Ziewaj jeszcze! To jest rozkaz.
- To mnie onieśmiela... nie mogę więcej - powiedział czerwieniąc się Mały Książę.
- Hm, hm! - odrzekł Król. - Wobec tego... rozkazuję ci to ziewać, to... - Bełkotał chwilę
i wydawał się podrażniony. Królowi bardzo zależało, aby jego autorytet był szanowany. Nie
znosił nieposłuszeństwa. Był to monarcha absolutny. Ponieważ jednak był bardzo dobry,
26
dawał rozkazy rozsądne. - Jeśli rozkażę - zwykł mówić - jeśli rozkażę generałowi,
aby zmienił się w morskiego ptaka, a generał nie wykona tego, to nie będzie wina generała.
To będzie moja wina.
- Czy mogę usiąść? - spytał skromnie Mały Książę.
- Rozkazuję ci siąść - powiedział Król, podciągając majestatycznie jedną połę
gronostajowego płaszcza.
Mały Książę był zdziwiony. Planeta była maleńka. Nad kim Król mógł panować?
- Najjaśniejszy panie - powiedział - proszę mi wybaczyć moje pytania...
- Rozkazuję ci pytać - pospiesznie powiedział Król.
- Najjaśniejszy panie, kim najjaśniejszy pan rządzi?
- Wszystkim - z wielką prostotą odpowiedział Król.
- Wszystkim?
Król dyskretnym ruchem wskazał swoją planetę, inne planety i gwiazdy.
- Tym wszystkim? - spytał Mały Książę.
- Tym wszystkim - odpowiedział Król, ponieważ był to monarcha nie tylko absolutny,
ale i uniwersalny.
- I gwiazdy najjaśniejszego pana słuchają?
- Oczywiście - odrzekł Król. - Słuchają natychmiast. Nie znoszę nieposłuszeństwa.
Mały Książę zachwycił się taką władzą. Gdyby on ją posiadał, mógłby widzieć jednego
dnia nie czterdzieści trzy, ale siedemdziesiąt dwa, nawet sto, nawet dwieście zachodów słońca
bez przesuwania krzesełka. A ponieważ był trochę smutny z powodu swej małej opuszczonej
planety, ośmielił się prosić Króla o łaskę:
- Chciałbym zobaczyć zachód słońca. Proszę mi zrobić przyjemność. Proszę rozkazać
słońcu, aby zaszło...
- Jeśli rozkażę generałowi, aby jak motyl przeleciał z jednego kwiatka na drugi,
albo rozkażę mu napisać tragedię, albo zmienić się w morskiego ptaka, a generał nie wykona
otrzymanego rozkazu, kto z nas nie będzie miał racji: ja czy on?
- Jego Królewska Mość - odpowiedział stanowczo Mały Książę.
- Słusznie. Należy wymagać tego, co można otrzymać. Autorytet opiera się na rozsądku.
Jeśli rozkażesz twemu ludowi rzucić się do morza, lud się zbuntuje. Ja mam prawo żądać
posłuszeństwa, ponieważ moje rozkazy są rozsądne.
- Więc jak jest z moim zachodem słońca? - przypomniał Mały Książę, który nigdy
nie porzucał postawionego pytania.
- Będziesz miał twój zachód słońca. Zarządzę go. Lecz zaczekam, w mądrości rządzenia,
aż warunki będą przychylne.
- Kiedy to będzie? - informował się Mały Książę.
- Hm, hm! - zamruczał Król, badając gruby kalendarz. - Hm, hm, to będzie około...
około... to będzie dziś wieczorem o godzinie 19.40. I zobaczysz, jaki mam posłuch.
Mały Książę ziewnął. Żałował straconego zachodu słońca, a poza tym już się trochę
nudził.
- Nie mam tu nic do roboty. Odejdę.
- Nie odchodź - odpowiedział Król, który był tak dumny z posiadania poddanego. Nie odchodź, mianuję cię ministrem.
- Ministrem czego?
- Hm... sprawiedliwości!
- Ależ tu nie ma kogo sądzić!
- Nie wiadomo - rzekł Król. - Jeszcze nie zwiedziłem mego królestwa. Jestem bardzo
stary, nie mam miejsca na karocę, a chodzenie mnie męczy.
- Och! Ale ja już widziałem - powiedział Mały Książę, wychylając się, aby rzucić okiem
na drugą stronę planety. - Tam także nie ma nikogo...
27
- Wobec tego będziesz sam siebie sądzić. To najtrudniejsze. Znacznie trudniej jest sądzić
siebie niż bliźniego. Jeśli potrafisz dobrze siebie osądzić, będziesz naprawdę mądry.
- Ja - powiedział Mały Książę - mogę się sądzić byle gdzie. Nie ma potrzeby,
abym mieszkał tutaj.
- Hm, hm. Zdaje mi się, że gdzieś na mojej planecie jest stary szczur. Słyszę go nocą.
Będziesz mógł od czasu do czasu sądzić tego starego szczura. Będziesz go mógł skazywać
na śmierć. W ten sposób życie jego będzie zależne od twojej sprawiedliwości.
Lecz za każdym razem ułaskawisz go, aby go oszczędzić. Bowiem jest tylko jeden.
- Nie lubię skazywać na śmierć - odpowiedział Mały Książę - i już odchodzę.
- Nie - rzekł Król.
Mały Książę, który skończył już przygotowania do podróży, nie chciał martwić starego
monarchy.
- Jeżeli Wasza Królewska Mość chce, aby rozkazy były wykonywane natychmiast, proszę
mi dać rozsądny rozkaz. Niech mi na przykład Wasza Królewska Mość rozkaże odejść stąd
przed upływem jednej minuty. Zdaje mi się, że okoliczności są sprzyjające...
Ponieważ Król nie odpowiedział, Mały Książę po chwili wahania wyruszył w drogę,
wzdychając z ulgą.
- Mianuję cię moim ambasadorem! - wykrzyknął jeszcze Król. Był bardzo pewny siebie.
"Dorośli są bardzo dziwni! - mówił sobie Mały Książę.
Drugą planetę zamieszkiwał Próżny.
- Ach! Ach! Oto odwiedziny wielbiciela! - krzyknął, gdy tylko zauważył Małego Księcia.
Albowiem według próżnych każdy spotkany człowiek jest ich wielbicielem.
- Dzień dobry - powiedział Mały Książę. - Pan ma zabawny kapelusz.
28
- Po to, aby się kłaniać - odpowiedział Próżny. - Aby się kłaniać, gdy mnie oklaskują.
Niestety nikt tędy nie przejeżdża.
- Ach tak? - powiedział Mały Książę, nic nie rozumiejąc.
- Uderzaj dłonią w dłoń - poradził Próżny.
Mały Książę uderzył dłonią w dłoń. Próżny ukłonił się skromnie, uchylając kapelusza.
"To jest jednak bardziej zajmujące niż odwiedziny u Króla" - powiedział sobie Mały
Książę. I znów zaczął klaskać. Próżny znów kłaniał się, uchylając kapelusza. Po pięciu
minutach zabawy Mały Książę zmęczył się jednostajnością gry.
- A co trzeba zrobić - spytał - aby kapelusz spadł?
Lecz próżny nie usłyszał. Próżni słyszą tylko pochwały.
- Czy ty mnie naprawdę bardzo uwielbiasz? - spytał Małego Księcia.
- Co to znaczy uwielbiać?
- Uwielbiać to znaczy uznać mnie za człowieka najpiękniejszego, najlepiej ubranego,
najbogatszego i najmądrzejszego na planecie.
- Ależ poza tobą nikogo na planecie nie ma!
- Zrób mi tę przyjemność: uwielbiaj mnie mimo wszystko.
- Uwielbiam cię - powiedział Mały Książę, lekko wzruszając ramionami - ale co ci to
daje?
I ruszył w dalszą drogę. "Dorośli są zdecydowanie śmieszni" - powiedział sobie podczas
podróży.
Następną planetę zajmował Pijak. Te odwiedziny trwały bardzo krótko, pogrążyły jednak
Małego Księcia w głębokim smutku.
- Co ty tu robisz? - spytał Pijaka, którego zastał siedzącego w milczeniu przed baterią
butelek pełnych i bateria butelek pustych.
29
- Piję - odpowiedział ponuro Pijak.
- Dlaczego pijesz? - spytał Mały Książę.
- Aby zapomnieć - odpowiedział Pijak.
- O czym zapomnieć? - zaniepokoił się Mały Książę, który już zaczął mu współczuć.
- Aby zapomnieć, że się wstydzę - stwierdził Pijak, schylając głowę.
- Czego się wstydzisz? - dopytywał się Mały Książę, chcąc mu pomóc.
- Wstydzę się, że piję - zakończył Pijak rozmowę i pogrążył się w milczeniu.
Mały Książę zakłopotany ruszył dalej.
"Dorośli są naprawdę bardzo, bardzo śmieszni" - mówił sobie po drodze.
Czwarta planeta należała do Bankiera, który w chwili przybycia Małego Księcia tak był
zajęty, że nawet nie podniósł głowy.
- Dzień dobry - powiedział Mały Książę. - Pański papieros zgasł.
- Trzy plus dwa równa się pięć. Pięć plus siedem - dwanaście. Dwanaście i trzy piętnaście. Dzień dobry. Piętnaście i siedem - dwadzieścia dwa. Dwadzieścia dwa i sześć dwadzieścia osiem. Nie mam czasu zapalić. Dwadzieścia sześć i pięć - trzydzieści jeden. Och!
To razem daje pięćset jeden milionów sześćset dwadzieścia dwa tysiące siedemset trzydzieści
jeden.
- Pięćset jeden milionów czego?
- Co? Jeszcze tu jesteś? Pięćset jeden milionów... Sam już nie wiem, czego... Tak ciężko
pracowałem! Jestem człowiekiem poważnym, tak, nie robię niedorzeczności, nie bawię się
głupstwami. Dwa i pięć...
- Pięćset jeden milionów czego? - powtórzył Mały Książę, który nigdy nie porzucał raz
postawionego pytania.
30
Bankier podniósł głowę.
- Przez pięćdziesiąt cztery lata, odkąd mieszkam na tej planecie, trzy razy zakłócono mi
spokój. Pierwszy raz, przed dwudziestu dwoma laty, zjawił się nie wiadomo skąd chrabąszcz.
Tak strasznie hałasował, że zrobiłem cztery błędy w dodawaniu. Drugi raz, jedenaście lat
temu, miałem atak reumatyzmu. Nie uprawiałem gimnastyki. Nie mam czasu na włóczęgę.
Jestem człowiekiem poważnym. Tak. Trzeci raz... to w tej chwili. Powiedziałem więc: pięćset
jeden milionów...
- Milionów czego?
Bankier zrozumiał, że niełatwo będzie pozbyć się gościa.
- Milionów tych małych rzeczy, które się widzi na niebie.
- Muszek?
- Ależ nie, małych, błyszczących rzeczy.
- Pszczółek?
- Ależ nie. Małych złotych błyskotek, o których marzą leniuchy. Lecz ja jestem
człowiekiem poważnym. Tak. Nie mam czasu na marzenia.
- Aha... Gwiazd?
- Tak jest. Gwiazd.
- I cóż ty robisz z pięciuset milionami gwiazd?
- Pięćset jeden milionów sześćset dwadzieścia dwa tysiące siedemset trzydzieści jeden...
jestem poważny, jestem dokładny.
- I cóż ty robisz z tymi gwiazdami?
- Co ja z nimi robię?
- Tak.
- Nic. Posiadam je.
- Posiadasz gwiazdy?
- Tak.
- Już widziałem Króla, który...
- Królowie nie posiadają. Oni panują. To zupełnie co innego.
- A co ci daje posiadanie gwiazd?
- Bogactwo.
- A cóż ci z tego, ze jesteś bogaty?
- Mogę kupować inne gwiazdy, o ile ktoś je znajdzie.
31
"Ten człowiek - powiedział sobie Mały Książę - rozumuje jak mój Pijak."
Pomimo tego pytał dalej:
- W jaki sposób można posiadać gwiazdy?
- A czyjeż one są? - odburknął Bankier.
- Nie wiem. Niczyje.
- Wobec tego są moje, ponieważ pierwszy o tym pomyślałem.
- Czy to wystarcza?
- Oczywiście. Jeśli znajdziesz diament, który jest niczyj, należy on do ciebie. Jeśli
odkryjesz wyspę, która nie należy do nikogo, jest twoja. Jeśli zrobisz wynalazek
i opatentujesz go, jest twój. Ja mam gwiazdy, ponieważ nikt przede mną nie pomyślał o tym,
żeby je zagarnąć.
- To prawda - rzekł Mały Książę. - A co robisz z nimi?
- Zarządzam. Liczę je i przeliczam - powiedział Bankier. - To bardzo trudne. Lecz jestem
człowiekiem poważnym.
Mały Książę nie był jeszcze zadowolony.
- Jeśli mam szal, to mogę owinąć nim szyję i zabrać go ze sobą. Jeśli mam kwiat, mogę go
zerwać i zabrać ze sobą. A ty nie możesz zrywać gwiazd.
- Nie, lecz mogę je umieścić w banku.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że ilość mych gwiazd zapisuję na kawałku papieru. Następnie zamykam ten
papier na klucz w szufladzie.
- I to wszystko?
- To wystarczy.
"To zabawne - pomyślał Mały Książę. - To poetyczne. Ale to nie jest zbyt poważne."
Mały Książę miał zupełnie inne pojęcie o rzeczach poważnych, niż mają dorośli.
- Ja - dorzucił jeszcze - posiadam kwiat, który podlewam codziennie. Posiadam trzy
wulkany, które przeczyszczam co tydzień. Przeczyszczam także wulkan wygasły. Nigdy nic
nie wiadomo. Jestem pożyteczny dla wulkanów, które posiadam, dla kwiatu, który jest mój.
A jaką korzyść mają z ciebie gwiazdy?
Bankier otworzył usta, lecz nie znalazł odpowiedzi, więc Mały Książę ruszył w dalszą
drogę.
"Dorośli są jednak nadzwyczajni" - powiedział sobie po prostu podczas dalszej podróży.
Piąta planeta była bardzo interesująca. Była najmniejsza ze wszystkich. Była tak mała,
że zaledwie starczyło na niej miejsca na lampę uliczną i Latarnika.
Mały Książę nie umiał sobie wytłumaczyć, do czego może służyć uliczna latarnia
i Latarnik gdzieś we wszechświecie, na małej planetce pozbawionej domów i ludności.
Jednak powiedział sobie:
"Możliwe, iż ten człowiek jest niedorzeczny. Ale on jest mniej niedorzeczny niż Król,
Próżny, Bankier i Pijak. Jego praca jest przynajmniej pożyteczna. Gdy zapala lampę, to tak
jakby stwarzał jeszcze jedną nową gwiazdę lub kwiat. Gdy gasi lampę, to tak jakby usypiał
32
gwiazdę lub kwiat. To bardzo ładne zajęcie. To rzeczywiście jest pożyteczne, ponieważ jest
ładne."
Natychmiast po wylądowaniu Mały Książę ukłonił się z szacunkiem Latarnikowi.
- Dzień dobry. Dlaczego przed chwilą zgasiłeś swą lampę?
- Taki rozkaz - odpowiedział Latarnik. - Dzień dobry.
- Cóż to znaczy rozkaz?
- Rozkaz gaszenia lampy. Dobry wieczór.
Zapalił lampę.
- Dlaczego zapaliłeś?
- Taki jest rozkaz - odpowiedział Latarnik.
- Nie rozumiem - rzekł Mały Książę.
- Nic tu nie ma do rozumienia. Rozkaz jest rozkazem. Dzień dobry.
Zgasił lampę. Następnie otarł sobie czoło chustką w czerwoną kratę.
- Mam straszną pracę. Kiedyś miała ona sens. Gasiłem latarnię rano, a zapalałem
wieczorem. W dzień mogłem odpoczywać, a w nocy spałem...
- A czy teraz zmienił się rozkaz?
- Rozkaz się nie zmienił. Na tym polega tragizm sytuacji. Z roku na rok planeta obraca się
szybciej, a rozkaz się nie zmienia.
- Więc? - spytał Mały Książę.
- Więc dzisiaj, gdy planeta robi obrót w ciągu minuty, nie mam chwili odpoczynku.
W ciągu każdej minuty muszę zapalić latarnię i zgasić ją!
- U ciebie dzień trwa jedną minutę! Jakie to zabawne!
- To wcale nie jest zabawne - powiedział Latarnik. - Już minął miesiąc, odkąd
rozmawiamy.
- Miesiąc?
- Tak. Trzydzieści minut - trzydzieści dni. Dobranoc.
Zapalił lampę.
Mały Książę przyjrzał się Latarnikowi i poczuł sympatię dla tego człowieka, który tak
wiernie wypełniał rozkaz. Przypomniał sobie zachody słońca na własnej planecie, kiedy
podziwiał je wciąż na nowo, przesuwając tylko krzesełko. Chciał pomóc swemu
przyjacielowi.
- Czy wiesz... Znam sposób, dzięki któremu mógłbyś w dowolnej chwili odpocząć.
- Zawsze chciałby odpoczywać - odrzekł Latarnik.
Bowiem można być jednocześnie obowiązkowym i leniwym.
33
- Twoja planeta jest tak mała, ze trzema krokami możesz ją okrążyć. Wystarczy, abyś
szedł powoli i stale był w świetle słońca. Gdy zechcesz odpocząć, będziesz szedł przed siebie
i dzień będzie trwać tak długo, jak długo zechcesz.
- Niewiele mi to da - powiedział Latarnik - najbardziej lubię spać.
- Szkoda - powiedział Mały Książę.
- Szkoda - powiedział Latarnik. - Dzień dobry.
I zgasił lampę.
Podczas dalszej podróży Mały Książę powiedział sobie:
"Tym człowiekiem pogardzaliby wszyscy, i Król, i Próżny, i Pijak, i Bankier. Mimo to on
jeden nie wydaje mi się śmieszny. A to prawdopodobnie dlatego, że nie zajmuje się tylko
sobą."
Westchnął z żalu i mówił sobie jeszcze:
"Tylko ten człowiek mógłby być moim przyjacielem. Lecz jego planeta jest rzeczywiście
za mała. Nie ma miejsca dla dwóch..."
Mały Książę nie chciał się przyznać, że tym, co najbardziej pociągało go w tej
błogosławionej planecie, było przede wszystkim tysiąc czterysta czterdzieści zachodów
słońca w ciągu dwudziestu czterech godzin.
Szósta planeta była dziesięć razy większa. Mieszkał na niej Starszy Pan, który pisał
olbrzymie księgi.
- Proszę! Oto badacz! - wykrzyknął, ujrzawszy Małego Księcia.
Mały Książę usiadł za stołem, lekko dysząc. Bardzo długo już podróżował.
- Skąd przybywasz? - zagadnął go Starszy Pan.
- Co to za gruba księga? - spytał Mały Książę. - Co pan tu robi?
- Jestem geografem - odpowiedział Starszy Pan.
- Co to znaczy geograf?
- Jest to uczony, który wie, gdzie znajdują się morza, rzeki, miasta, góry i pustynie.
- To bardzo ciekawe - powiedział Mały Książę. - Nareszcie odkryłem pożyteczne zajęcie!
I rozejrzał się po planecie geografa. Nigdy jeszcze nie widział tak wspaniałej planety.
34
- Pańska planeta jest bardzo ładna. Czy są na niej oceany?
- Nie mogę tego wiedzieć - odpowiedział geograf.
- Ach... - Mały Książę był rozczarowany. - A góry?
- Nie mogę tego wiedzieć - powiedział geograf.
- A miasta, rzeki, pustynie?
- Tego też nie mogę wiedzieć - odparł geograf.
- Ależ pan jest geografem?!
- To prawda - rzekł geograf - lecz nie jestem badaczem. Bardzo brak mi badaczy. Zadanie
geografa nie polega na liczeniu miast, rzek, gór, oceanów i pustyń. Geograf jest zbyt ważną
osobistością, aby mógł pozwolić sobie na łazikowanie. On nie opuszcza swego biura,
lecz przyjmuje badaczy, wypytuje i notuje ich spostrzeżenia. A gdy uwagi któregoś uzna
za interesujące, wtedy każe robić wywiad o moralności danego badacza.
- Po co?
- Ponieważ kłamiący badacz wywołałby katastrofy w księgach geografii. A także badacz,
który zbyt dużo pije.
- A dlaczego? - pytał Mały Książę.
- Ponieważ pijany widzi podwójnie, więc geograf zanotowałby dwie góry w miejscu,
gdzie jest tylko jedna.
- Znam kogoś - rzekł Mały Książę - kto byłby bardzo złym badaczem.
- To bardzo możliwe. Kiedy więc moralność badacza wydaje się zadowalająca, sprawdza
się prawdziwość jego odkrycia.
- Sprawdza się na miejscu?
- Nie. To zbyt skomplikowane. Żąda się od badacza dowodów. Gdy na przykład chodzi
o odkrycie wielkiej góry, żąda się, a by dostarczył wielkich kamieni.
Nagle geograf ożywił się:
- Ależ ty przybywasz z daleka! Jesteś badaczem! Opisz mi twoją planetę!
Geograf otworzył księgę i zaostrzył ołówek. Raport badacza zapisuje się najpierw
ołówkiem, a po dostarczeniu dowodów prawdziwości odkrycia - przepisuje się piórem.
- Więc? - zapytał geograf.
- Och, u mnie wcale nie jest ciekawie - odpowiedział Mały Książę. - Planeta jest bardzo
mała. Mam trzy wulkany. Dwa czynne i jeden wygasły. Ale nigdy nic nie wiadomo.
- Nigdy nic nie wiadomo - powtórzył geograf.
- Mam też kwiat.
- Kwiaty nas nie interesują.
- A dlaczego? To najładniejsze z istniejących rzeczy!
- Ponieważ kwiaty są efemeryczne.
- Co znaczy "efemeryczne"?
- Księgi geografii są księgami najbardziej cennymi ze wszystkich ksiąg. Nigdy nie tracą
aktualności. Bardzo rzadko zdarza się, aby góra zmieniła miejsce. Bardzo rzadko zdarza się,
aby ocean wysechł. My opisujemy rzeczy wieczne.
- Lecz wygasły wulkan może się obudzić - przerwał Mały Książę. - Co to znaczy
"efemeryczny"?
- Dla nas jest obojętne, czy wulkan jest czynny, czy wygasły - rzekł geograf. - Nam chodzi
o górę, a góra się nie zmienia.
- Co znaczy "efemeryczny"? - powtórzył Mały Książę, który nigdy w życiu nie porzucił
raz postawionego pytania.
- Znaczy to "zagrożony bliskim unicestwieniem"/
- Mojej róży grozi bliskie unicestwienie?
- Oczywiście.
35
"Moja róża jest efemeryczna - powiedział do siebie Mały Książę - i ma tylko cztery kolce
dla obrony przed niebezpieczeństwem. A ja zostawiłem ją zupełnie samą..."
To był jego pierwszy odruch żalu. Mimo to zapytał odważnie:
- Co radzi mi pan zwiedzić?
- Planetę Ziemię - odpowiedział geograf. - Ma dobrą sławę.
Mały Książę ruszył w dalszą drogę, myśląc o swojej róży.
Siódmą planetą była Ziemia. Ziemia nie jest była jaką planetą. Liczy sobie stu jedenastu
królów (nie pomijając oczywiści królów murzyńskich), siedem tysięcy geografów,
dziewięćset tysięcy bankierów, siedem i pół miliona pijaków, trzysta jedenaście milionów
próżnych - krótko mówiąc: około dwóch miliardów dorosłych. Aby łatwiej wam było pojąć,
jak wielka jest Ziemia, powiem wam, że przed wynalezieniem elektryczności trzeba było
zatrudniać na wszystkich sześciu kontynentach całą armię latarników, złożoną z czterystu
sześćdziesięciu dwóch tysięcy pięciuset jedenastu osób. To był wspaniały widok - gdy się
patrzyło z pewnej odległości. Ruchy tej armii były podobne do baletu. Pierwsi zaczynali
pracę latarnicy Nowej Zelandii i Australii, którzy potem szli spać. Następnie do tańca
wstępowali latarnicy Chin i Syberii. I oni po pewnym czasie kryli się za kulisami. Wtedy
przychodziła kolej na latarników Rosji i Indii. Potem Afryki i Europy. Potem Ameryki
Południowej. Następnie Ameryki Północnej. I nigdy nie pomylono porządku wchodzenia na
scenę. To było wspaniałe.
Tylko latarnik jedynej lampy na Biegunie Północnym i jego kolega latarnik jedynej lampy
na Biegunie Południowym prowadzili niedbałe i próżniacze życie: pracowali dwa razy
w roku.
36
Zdarza się czasem, że chcąc być dowcipnym, popełniamy małe kłamstwa. Nie byłem
bardzo uczciwy, gdy opowiadałem wam o latarnikach. Obawiam się, że ci, którzy nie znają
naszej planety, będą mieli o niej fałszywe zdanie. Ludzie zajmują na Ziemi bardzo mało
miejsca. Gdyby dwa miliardy mieszkańców Ziemi stanęło razem - jeden przy drugim, jak na
wiecu - to zmieściliby się z łatwością na publicznym placu o dwudziestu milach długości
i dwudziestu milach szerokości. Można by więc całą ludzkość stłoczyć na maleńkiej wysepce
Oceanu Spokojnego.
Oczywiście dorośli wam nie uwierzą. Oni wyobrażają sobie, że zajmują dużo miejsca.
Wydaje się im, że są tak wielcy jak baobaby. Więc poradźcie im, aby zrobili obliczenia.
Kochają się w cyfrach: to im się spodoba. Lecz my nie traćmy czasu na ćwiczenie,
które zadaje się za karę. To jest zbyteczne. Wy mi wierzycie.
Po przybyciu ba Ziemię Mały Książę był bardzo zdziwiony, nie widząc żywej duszy.
Przestraszył się, myśląc, że zabłądził, gdy wtem żółtawy pierścień poruszył się na piasku.
- Dobry wieczór - rzekł Mały Książę na wszelki wypadek.
- Dobry wieczór - powiedziała żmija.
- Na jaką planetę spadłem? - spytał Mały Książę.
- Na Ziemię, do Afryki.
- Ach... więc Ziemia nie jest zaludniona?
- Jesteśmy na pustyni. Na pustyni nikogo nie ma. Ziemia jest wielka - odrzekła żmija.
Mały Książę usiadł na kamieniu i wzniósł oczy ku niebu.
37
- Zadaję sobie pytanie - powiedział - czy gwiazdy świecą po to, aby każdy mógł znaleźć
swoją?... Popatrz na moją planetę. Jest dokładnie na nami. Ale jak bardzo daleko!
- Jest piękna - odrzekła żmija. - Po co tu przybyłeś?
- Mam pewne trudności z różą - powiedział Mały Książę.
- Ach tak... - rzekła żmija.
I oboje umilkli.
- Gdzie są ludzie? - zaczął znowu Mały Książę. - Czuję się trochę osamotniony
w pustyni...
- Wśród ludzi jest się także samotnym - rzekła żmija.
Mały Książę przyglądał jej się przez dłuższy czas.
- Jesteś zabawnym stworzeniem - rzekł wreszcie - cienka jak palec...
- Ach, jestem znacznie potężniejsza niż palec króla - powiedziała żmija.
Mały Książę uśmiechnął się:
- Nie jesteś zbyt potężna... Nie masz nawet łapek... nawet nie możesz podróżować...
- Mogę cię unieść dalej niż okręt - rzekła żmija i owinęła się wokół kostki Małego Księcia
na podobieństwo złotej bransolety. - Tego, kogo dotknę, odsyłam tam, skąd przybył - dodała.
Lecz ty jesteś niewinny i przybywasz z gwiazdy...
Mały Książę nie odpowiedział.
- Wzbudzasz we mnie litość, taki słaby na granitowej Ziemi... Mogę ci w przyszłości
pomóc, gdy bardzo zatęsknisz za twą planetą. Mogę...
- Och, bardzo dobrze zrozumiałem - odpowiedział Mały Książę - ale dlaczego mówisz
ciągle zagadkami?
- Rozwiązuję zagadki - rzekła żmija.
I oboje umilkli.
Przechodząc przez pustynię, Mały Książę spotkał tylko jeden kwiat ... Kwiat o trzech
płatkach, nędzny kwiat ...
- Dzień dobry - powiedział Mały Książę.
- Dzień dobry - odrzekł kwiat.
- Gdzie są ludzie? - grzecznie zapytał Mały Książę.
Kwiat widział kiedyś przechodzącą karawanę.
38
- Ludzie? Jak sądzę istnieje sześciu czy siedmiu ludzi. Widziałem ich przed laty.
Lecz nigdy nie wiadomo, gdzie można ich odnaleźć. Wiatr nimi miota. Nie mają korzeni - to
im bardzo przeszkadza.
- Do widzenia - rzekł Mały Książę.
- Do widzenia - odpowiedział kwiat.
Mały Książę wspiął się na wysoką górę. Jedynymi górami, które dotychczas znał, były
sięgające mu kolan wulkany. Wygasły wulkan służył mu jako krzesełko.
"Z tak wysokiej góry jak ta - powiedział sobie - zobaczę od razy całą planetę i wszystkich
ludzi..."
Lecz nie zobaczył nic poza ostrymi skałami.
- Dzień dobry - powiedział na wszelki wypadek.
- Dzień dobry... Dzień dobry... Dzień dobry - odpowiedziało echo.
- Kim jesteście? - spytał Mały Książę.
- Kim jesteście... Kim jesteście... Kim jesteście... - powtórzyło echo.
- Bądźcie mymi przyjaciółmi, jestem samotny - powiedział.
- Jestem samotny... jestem samotny... jestem samotny... - odpowiedziało echo.
"Jakaż to zabawna planeta - pomyślał Mały Książę. - zupełnie sucha, spiczasta i słona,
a ludziom brak fantazji. Powtarzają to, co im się mówi... Na mojej gwiazdce miałem różę: ona
zawsze mówiła pierwsza..."
39
W końcu jednak zdarzyło się, że po długiej wędrówce poprzez piaski, skały i śniegi Mały
Książę odkrył drogę. A drogi prowadzą zawsze do ludzi.
- Dzień dobry - powiedział.
Był w ogrodzie pełnym róż.
- Dzień dobry - odpowiedziały róże.
Mały Książę przyjrzał się im. Bardzo były podobne do jego róży.
- Kim jesteście? - zapytał zdziwiony.
- Jesteśmy różami - odparły róże.
- Ach... - westchnął Mały Książę.
I poczuł się bardzo nieszczęśliwy. Jego róża zapewniała go, że jest jedyna na świecie.
A oto tu, w jednym ogrodzie, jest pięć tysięcy podobnych!
"Byłaby bardzo zdenerwowana... - pomyślał - kaszlałaby straszliwie i udawałaby
umierającą, aby pokryć zmieszanie. A ja musiałbym udawać, że ją pielęgnuję,
bo w przeciwnym razie umarłaby rzeczywiście, aby mnie tym upokorzyć..."
40
Później mówił sobie dalej: "Sądziłem, że posiadam jedyny na świecie kwiat,
a w rzeczywistości mam zwykłą różę, jak wiele innych. Posiadanie róży i trzech wulkanów
sięgających mi do kolan, z których jeden prawdopodobnie wygasł na zawsze, nie czyni
ze mnie potężnego księcia..." I zapłakał, leżąc na trawie.
Wtedy pojawił się lis.
- Dzień dobry - powiedział lis.
- Dzień dobry - odpowiedział grzecznie Mały Książę i obejrzał się, ale nic nie dostrzegł.
- Jestem tutaj - posłyszał głos - pod jabłonią!
- Ktoś ty? - spytał Mały Książę. - Jesteś bardzo ładny...
- Jestem lisem - odpowiedział lis.
- Chodź pobawić się ze mną - zaproponował Mały Książę. - Jestem taki smutny...
- Nie mogę bawić się z tobą - odparł lis. - Nie jestem oswojony.
- Ach, przepraszam - powiedział Mały Książę. Lecz po namyśle dorzucił: - Co znaczy
"oswojony"?
- Nie jesteś tutejszy - powiedział lis. - Czego szukasz?
- Szukam ludzi - odpowiedział Mały Książę. - Co znaczy "oswojony"?
- Ludzie mają strzelby i polują - powiedział lis. - To bardzo kłopotliwe. Hodują także
kury, i to jest interesujące. Poszukujesz kur?
- Nie - odrzekł Mały Książę. - Szukam przyjaciół. Co znaczy "oswoić"?
- Jest to pojęcie zupełnie zapomniane - powiedział lis. - "Oswoić" znaczy "stworzyć
więzy".
- Stworzyć więzy?
- Oczywiście - powiedział lis. - Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym
do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem
dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz,
będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę
dla ciebie jedyny na świecie.
41
- Zaczynam rozumieć - powiedział Mały Książę. - Jest jedna róża... zdaje mi się, że ona
mnie oswoiła...
- To możliwe - odrzekł lis. - Na Ziemi zdarzają się różne rzeczy...
- Och, to nie zdarzyło się na Ziemi - powiedział Mały Książę.
Lis zaciekawił się:
- Na innej planecie?
- Tak.
- A czy na tej planecie są myśliwi?
- Nie.
- To wspaniałe! A kury?
- Nie.
- Nie ma rzeczy doskonałych - westchnął lis i zaraz powrócił do swej myśli: - Życie jest
jednostajne. Ja poluję na kury, ludzie polują na mnie. Wszystkie kury są do siebie podobne
i wszyscy ludzie są do siebie podobni. To mnie trochę nudzi. Lecz jeślibyś mnie oswoił, moje
życie nabrałoby blasku. Z daleka będę rozpoznawał twoje kroki - tak różne od innych.
Na dźwięk cudzych kroków chowam się pod ziemię. Twoje kroki wywabią mnie z jamy jak
dźwięki muzyki. Spójrz! Widzisz tam łany zboża? Nie jem chleba. Dla mnie zboże jest
nieużyteczne. Łany zboża nic mi nie mówią. To smutne! Lecz ty masz złociste włosy. Jeśli
mnie oswoisz, to będzie cudownie. Zboże, które jest złociste, będzie mi przypominało ciebie.
I będę kochać szum wiatru w zbożu...
42
Lis zamilkł i długo przypatrywał się Małemu Księciu.
- Proszę cię... oswój mnie - powiedział.
- Bardzo chętnie - odpowiedział Mały Książę - lecz nie mam dużo czasu. Muszę znaleźć
przyjaciół i nauczyć się wielu rzeczy.
- Poznaje się tylko to, co się oswoi - powiedział lis. - Ludzie mają zbyt mało czasu,
aby cokolwiek poznać. Kupują w sklepach rzeczy gotowe. A ponieważ nie ma magazynów
z przyjaciółmi, więc ludzie nie mają przyjaciół. Jeśli chcesz mieć przyjaciela, oswój mnie!
- A jak się to robi? - spytał Mały Książę.
- Trzeba być bardzo cierpliwym. Na początku siądziesz w pewnej odległości ode mnie,
ot tak, na trawie. Będę spoglądać na ciebie kątem oka, a ty nic nie powiesz. Mowa jest
źródłem nieporozumień. Lecz każdego dnia będziesz mógł siadać trochę bliżej...
Następnego dnia Mały Książę przyszedł na oznaczone miejsce.
- Lepiej jest przychodzić o tej samej godzinie. Gdy będziesz miał przyjść na przykład
o czwartej po południu, już od trzeciej zacznę odczuwać radość. Im bardziej czas będzie
posuwać się naprzód, tym będę szczęśliwszy. O czwartej będę podniecony i zaniepokojony:
poznam cenę szczęścia! A jeśli przyjdziesz nieoczekiwanie, nie będę mógł się
przygotowywać... Potrzebny jest obrządek.
- Co znaczy "obrządek"? - spytał Mały Książę.
- To także coś całkiem zapomnianego - odpowiedział lis. - Dzięki obrządkowi pewien
dzień odróżnia się od innych, pewna godzina od innych godzin. Moi myśliwi, na przykład,
mają swój rytuał. W czwartek tańczą z wioskowymi dziewczętami. Stąd czwartek jest
cudownym dniem! Podchodzę aż pod winnice. Gdyby myśliwi nie mieli tego zwyczaju
w oznaczonym czasie, wszystkie dni byłyby do siebie podobne, a ja nie miałbym wakacji.
W ten sposób Mały Książę oswoił lisa. A gdy godzina rozstania była bliska, lis
powiedział:
- Ach, będę płakać!
- To twoja wina - odpowiedział Mały Książę - nie życzyłem ci nic złego. Sam chciałeś,
abym cię oswoił...
- Oczywiście - odparł lis.
- Ale będziesz płakać?
- Oczywiście.
43
- A więc nic nie zyskałeś na oswojeniu?
- Zyskałem coś ze względu na kolor zboża - powiedział lis, a później dorzucił: - Idź
jeszcze raz zobaczyć róże. Zrozumiesz wtedy, że twoja róża jest jedyna na świecie.
Gdy przyjdziesz pożegnać się ze mną, zrobię ci prezent z pewnej tajemnicy.
Mały Książę poszedł zobaczyć się z różami.
- Nie jesteście podobne do mojej róży, nie macie jeszcze żadnej wartości - powiedział
różom. Nikt was nie oswoił i wy nie oswoiłyście nikogo. Jesteście takie, jakim był dawniej
lis. Był zwykłym lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz zrobiłem go swoim
przyjacielem i teraz jest dla mnie jedyny na świecie.
Róże bardzo się zawstydziły.
- Jesteście piękne, lecz próżne - powiedział im jeszcze. - Nie można dla was poświęcić
życia. Oczywiście moja róża wydawałaby się zwykłemu przechodniowi podobna do was.
Lecz dla mnie ona jedna ma większe znaczenie niż wy wszystkie razem, ponieważ ją właśnie
podlewałem. Ponieważ ją przykrywałem kloszem. Ponieważ ją właśnie osłaniałem. Ponieważ
właśnie dla jej bezpieczeństwa zabijałem gąsienice (z wyjątkiem dwóch czy trzech, z których
chciałem mieć motyle). Ponieważ słuchałem jej skarg, jej wychwalań się, a czasem jej
milczenia. Ponieważ... jest moją różą.
Powrócił do lisa.
- Żegnaj - powiedział.
- Żegnaj - odpowiedział lis. - A oto mój sekret. Jest bardzo prosty: dobrze widzi się tylko
sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.
- Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu - powtórzył Mały Książę, aby zapamiętać.
- Twoja róża ma dla ciebie tak wielkie znaczenie, ponieważ poświęciłeś jej wiele czasu.
- Ponieważ poświęciłem jej wiele czasu... - powtórzył Mały Książę, aby zapamiętać.
- Ludzie zapomnieli o tej prawdzie - rzekł lis. - Lecz tobie nie wolno zapomnieć. Stajesz
się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś. Jesteś odpowiedzialny za twoją różę.
- Jestem odpowiedzialny za moją różę... - powtórzył Mały Książę, aby zapamiętać.
- Dzień dobry - powiedział Mały Książę.
- Dzień dobry - powiedział Zwrotniczy.
- Co ty tu robisz? - spytał Mały Książę.
- Sortuję podróżnych na paczki po tysiąc sztuk - odpowiedział Zwrotniczy. - Wysyłam
w lewo i w prawo pociągi, które ich unoszą.
Oświetlony pociąg pospieszny, hucząc jak grzmot, zatrząsł domkiem Zwrotniczego.
- Bardzo się spieszę - powiedział Mały Książę. - Czego oni szukają?
- Nawet człowiek prowadzący parowóz tego nie wie - odparł Zwrotniczy.
I znowu zagrzmiał oświetlony ekspres, pędzący w przeciwnym kierunku.
- Już wracają? - spytał Mały Książę.
- To nie ci sami - odpowiedział Zwrotniczy. - To wymiana.
- Czy było im źle tam, gdzie byli przedtem?
- Zawsze się wydaje, że w innym miejscu będzie lepiej - powiedział Zwrotniczy.
Znowu rozległ się grzmot trzeciego oświetlonego ekspresu.
44
- Czy oni ścigają poprzednich podróżnych? - zapytał Mały Książę.
- Nie nikogo nie ścigają - odparł Zwrotniczy. - Śpią w wagonach lub ziewają. Jedynie
dzieci przyciskają noski do okien.
- Jedynie dzieci wiedzą, czego szukają - rzekł Mały Książę. - Poświęcają czas lalce
z gałganków, która nabiera dla nich wielkiego znaczenia, i płaczą, gdy się im ją odbierze.
- Szczęśliwe - powiedział Zwrotniczy.
- Dzień dobry - rzekł Mały Książę.
- Dzień dobry - odparł Kupiec.
Kupiec ten sprzedawał udoskonalone pigułki zaspokajające pragnienie. Połknięcie jednej
na tydzień wystarcza, aby nie chciało się pić.
- Po co to sprzedajesz? - spytał Mały Książę.
- To wielka oszczędność czasu - odpowiedział Kupiec. - Zostało to obliczone przez
specjalistów. Tygodniowo oszczędza się pięćdziesiąt trzy minuty.
- A co się robi z pięćdziesięcioma trzema minutami?
- To, co się chce...
"Gdybym miał pięćdziesiąt trzy minuty czasu - powiedział sobie Mały Książę poszedłbym powolutku w kierunku studni..."
45
Było to ósmego dnia na pustyni, licząc od zepsucia się motoru. Wysłuchałem opowiadania
o Kupcu, pijąc ostatnie krople zapasu wody.
- Twoje wspomnienia są bardzo ładne - powiedziałem Małemu Księciu - lecz nie
naprawiłem jeszcze samolotu, nie mam nic do picia... I ja także byłbym szczęśliwy bardzo,
gdybym mógł powoli udać się w kierunku studni.
- Mój przyjaciel lis powiedział...
- Mój maleńki, nie chodzi już o lisa...
- Dlaczego?
- Ponieważ umrzemy z pragnienia...
Nie zrozumiał mej myśli i powiedział:
- Nawet w obliczu śmierci przyjemna jest świadomość posiadania przyjaciela. Bardzo się
cieszę, że miałem przyjaciela-lisa.
"Nie docenia niebezpieczeństwa - pomyślałem. - Nigdy nie odczuwa głodu ani pragnienia.
Wystarcza mu trochę słońca."
Popatrzył na mnie i odpowiedział na moją myśl.
- Mnie także chce się pić... Poszukajmy studni...
Zrobiłem gest zniechęcenia: szukanie studni na olbrzymiej pustyni jest absurdem. Mimo
to udaliśmy się w drogę. Gdyśmy tak szli godzinami, milcząc, noc zapadła i gwiazdy
zabłysły. Widziałem je jakby we śnie - miałem gorączkę z pragnienia. Słowa Małego Księcia
tańczyły mi w pamięci.
- Więc ty także odczuwasz pragnienie? - spytałem go.
Nie odpowiedział mi na pytanie. Po prostu rzekł"
- Woda może także przynieść korzyść sercu...
Nie zrozumiałem odpowiedzi, lecz mimo to zamilkłem. Wiedziałem dobrze, że nie należy
zadawać mu pytań. Był zmęczony. Usiadł. Usiadłem obok niego. Po chwili milczenia
powiedział jeszcze:
- Gwiazdy są piękne, ponieważ na jednej z nich istnieje kwiat, którego nie widać...
Odpowiedziałem: - Oczywiście - i w milczeniu patrzyłem na wydmy piasku w poświacie
księżyca.
- Pustynia jest piękna - dorzucił.
To prawda. Zawsze kochałem pustynię. Można usiąść na wydmie. Nic nie widać. Nic nie
słychać. Ale mimo to coś promieniuje w ciszy...
- Pustynię upiększa to - powiedział Mały Książę - że gdzieś w sobie kryje studnię...
Nagle ze zdziwieniem zrozumiałem to tajemnicze promieniowanie piasku. Gdy byłem
małym chłopcem, mieszkałem w starym domu, do którego przywiązana była legenda
o ukrytym skarbie. Oczywiście nikt skarbu nie znalazł, a może nawet nie szukał go. Lecz on
rzucał czar na dom. Mój dom ukrywał w sobie tajemnicę...
- Tak - powiedziałem Małemu Księciu - to, co upiększa dom czy gwiazdy, czy pustynie
jest niewidzialne.
- Jestem zadowolony - powiedział - że zgadzasz się z moim lisem.
Ponieważ Mały Książę był senny, wziąłem go na ręce i poszedłem dalej. Byłem
wzruszony. Wydawało mi się, że niosę kruchy skarb. Wydawało mi się nawet, że na Ziemi
46
nie istnieje nic bardziej nietrwałego. W świetle księżyca patrzyłem na blade czoło,
na zamknięte oczy, na pukle włosów poruszane wiatrem i mówiłem sobie, że to, co widzę,
jest tylko zewnętrzną powłoką. Najważniejsze jest niewidoczne.
Ponieważ półotwarte wargi uśmiechały się leciutko, powiedziałem sobie jeszcze: "To, co
mnie wzrusza najmocniej w tym małym śpiącym królewiczu, to jego wierność dla kwiatu, to
obraz róży, który świeci w nim jak płomień lampy nawet podczas snu". I wydał mi się jeszcze
bardziej kruchy. Byle podmuch wiatru może zgasić lampę - trzeba dobrze uważać. I tak idąc,
o świcie odnalazłem studnię.
- Ludzie tłoczą się w pociągach - powiedział Mały Książę - nie wiedząc, czego szukają.
Dlatego są podnieceni i kręcą się w kółko... - A potem dorzucił: - Nie warto...
Studnia, którą znaleźliśmy, nie przypominała zupełnie studni saharyjskich. Studnie
saharyjskie są po prostu dziurami wykopanymi w piasku. Ta natomiast przypominała wiejską
studnię. Lecz nigdzie nie było wioski. Zdawało mi się, że śnię.
- To zadziwiające - powiedziałem do Małego Księcia - wszystko jest przygotowane: blok,
lina i wiadro...
Zaśmiał się, chwycił linę, puścił blok w ruch. Blok jęknął, zazgrzytał jak stara
chorągiewka na dachu po długotrwałym bezruchu.
- Słuchaj, obudziliśmy studnię i ona śpiewa...
Nie chciałem, aby się męczył.
- Pozwól mi, to za ciężkie dla ciebie.
47
Powoli wyciągałem wiadro aż do cembrowiny, Postawiłem je równo. W uszach dźwięczał
mi śpiew bloku, a w falującej jeszcze wodzie widziałem drgające słońce.
- Chcę napić się tej wody - powiedział Mały Książę - daj mi...
Zrozumiałem już, czego szukał.
Podniosłem wiadro do jego warg. Pił, mając oczy zamknięte. To było tak piękne jak
święto. To było czymś więcej niż pożywieniem. Ta woda zrodzona była z marszu
pod gwiazdami, ze śpiewu bloku, z wysiłku mych ramion. Sprawiała radość sercu - jak
podarek. Świeczki na choince, muzyka na Pasterce oraz słodkie uśmiechy opromieniały
prezenty, jakie otrzymywałem na Boże Narodzenie, gdy byłem małym chłopcem.
- Ludzie z twojej planety - powiedział Mały Książę - hodują pięć tysięcy róż w jednym
ogrodzie... i nie znajdują w nich tego, czego szukają...
- Nie znajdują - odpowiedziałem.
- A tymczasem to, czego szukają, może być ukryte w jednej róży lub w odrobinie wody...
- Oczywiście - odpowiedziałem.
Mały Książę dorzucił:
- Lecz oczy są ślepe. Szukać należy sercem.
Napiłem się. Oddychałem głęboko. O wschodzie słońca piasek jest koloru miodu.
Cieszyłem się tym kolorem miodu. I jak mogłem przypuszczać, że oczekiwało mnie
cierpienie...
- Powinieneś dotrzymać obietnicy - powiedział cichutko Mały Książę.
Siedliśmy znów razem.
- Jakiej obietnicy?
- Widzisz... kaganiec dla baranka... Jestem odpowiedzialny za mój kwiat!
Wyciągnąłem z kieszeni moje szkice. Mały Książę zauważył je i śmiejąc się powiedział:
- Twoje baobaby przypominają trochę główki kapusty...
- Och!
Byłem tak dumny z tych baobabów.
- Twój lis... z takimi uszami, które przypominają rogi... Są za długie!
I śmiał się dalej.
- Jesteś niesprawiedliwy, mały przyjacielu, mówiłem, że poza wężem boa, zamkniętym
i otwartym, nigdy nie umiałem nic rysować.
- Och, twoje rysunki nie są takie złe - pocieszał - dzieci poznają się na nich.
Narysowałem kaganiec. Ścisnęło mi się serce, kiedy mu go pokazywałem.
- Masz plany, których nie znam...
Nie odpowiedział mi na pytanie.
- Wiesz... mój przyjazd na Ziemię... jutro jest rocznica... - powiedział i po chwili
milczenia dodał: - Spadłem niedaleko stąd...
I poczerwieniał.
Znowu z niewiadomych przyczyn zrobiło mi się dziwnie smutno. Postanowiłem go o coś
zapytać.
Więc to nie przez przypadek przechadzałeś się tutaj samotnie, o tysiąc mil
od zamieszkałych terenów, kiedy poznałem cię osiem dni temu? Powróciłem na miejsce,
na które spadłeś?
Mały Książę poczerwieniał jeszcze bardziej.
Wahając się dorzuciłem:
- A może z powodu rocznicy?
Mały Książę znowu zaczerwienił się. Nigdy nie odpowiadał na pytania, ale kiedy się ktoś
rumieni, to jakby mówił "tak", prawda?
- Wiesz - powiedziałem mu - boję się...
Tym razem odpowiedział mi:
48
- Musisz teraz pracować. Musisz iść do twojej maszyny. Będę tu czekał na ciebie. Wróć
jutro wieczorem...
Nie uspokoiło mnie to. Przypomniała mi się historia lisa. Decyzja oswojenia niesie
w sobie ryzyko łez.
Obok studni znajdowały się ruiny starego kamiennego muru. Gdy wracałem następnego
wieczora od pracy, z daleka zauważyłem Małego Księcia siedzącego na murze,
ze zwieszonymi nogami. Słyszałem jak mówił:
- Więc nic sobie nie przypominasz?... Miejsce niezupełnie się zgadza...
49
Ktoś mu na pewno odpowiadał, ponieważ znów posłyszałem jego głos:
- Ależ na pewno! Data się zgadza, lecz miejsce nie...
Zbliżałem się do muru. Przyspieszyłem kroku. Ciągle jeszcze nikogo nie widziałem
ani nic nie słyszałem. Tylko Mały Książę znowu komuś odpowiadał:
- Oczywiście. Zobaczysz, gdzie zaczyna się mój ślad na piasku. Poczekasz tam na mnie.
Będę tej nocy.
Byłem o dwadzieścia metrów od muru, jednakże w dalszym ciągu nic nie widziałem.
Po chwili ciszy Mały Książę dorzucił:
- Czy masz dobry jad? Czy jesteś pewna, że nie będę długo cierpiał?
Zatrzymałem się ze ściśniętym sercem, lecz ciągle jeszcze nic nie rozumiałem.
- Teraz idź sobie - powiedział - chcę zejść!
Spuściłem wzrok do podnóża muru i aż podskoczyłem. W kierunku Małego Księcia
wyciągała się jedna z tych żółtych żmij, których jad zabija w ciągu trzydziestu sekund.
Podbiegłem, szukając rewolweru w kieszeni, lecz na odgłos mych kroków żmija wolno
osunęła się na piasek i nie spiesząc, jak zamierający strumień wody, z metalicznym chrzęstem
wśliznęła się między kamienie. Doskoczyłem do muru i chwyciłem w ramiona Małego
Księcia, bladego jak śnieg.
- Cóż to za historia? Rozmawiasz teraz ze żmijami?
Zdjąłem z jego szyi złoty szalik. Zwilżyłem mu skronie i napoiłem go. Nie śmiałem go
o nic pytać. Popatrzył na mnie z powagą i objął mnie ramionami. Czułem bicie jego serca,
tętniącego podobnie jak serce zranionego ptaka. Powiedział:
- Jestem zadowolony, że udało ci się naprawić samolot. Będziesz mógł powrócić
do siebie.
- Skąd wiesz?
Właśnie miałem zamiar mu powiedzieć, że mimo wszystko udało mi się naprawić motor.
Nie odpowiedział na moje pytanie, lecz rzekł:
- Ja także dzisiaj wracam do siebie... - A po chwili, pełen smutku, ciągnął: - To znacznie
dalej... i znacznie trudniej...
Czułem, że dzieje się coś niezwykłego. Ściskałem go mocno w ramionach, lecz mimo to
wydawało mi się, że zsuwa się pionowo w przepaść, z której nie będę mógł go wyciągnąć...
Wzrok miał poważny, zagubiony w dali.
- Mam twojego baranka. I mam skrzynkę dla niego... I mam kaganiec...
Uśmiechnął się smutno. Długo czekałem. Wyczuwałem, że powoli ożywia się.
- Mały przyjacielu, bałeś się...
Bał się, na pewno. Zaśmiał się cichutko:
- Dzisiejszego wieczoru będę się bał znacznie bardziej...
I znowu zmroziło mnie przeczucie czegoś nieodwołalnego. Nie słyszeć więcej jego
śmiechu - ta myśl mnie zadręczała. Ten śmiech był dla mnie jak studnia na pustyni.
- Mały przyjacielu, chcę usłyszeć twój śmiech...
Odpowiedział:
- Tej nocy mija rok. Moja gwiazda znajdzie się dokładnie nad miejscem, gdzie spadłem
rok temu...
- Mały przyjacielu, prawda, to był tylko zły sen o żmii, o spotkaniu i o gwieździe...
Nie odpowiedział na moje pytanie.
- Tego, co najważniejsze, okiem zobaczyć nie można...
50
- Oczywiście.
- To samo jest z kwiatem. Jeśli kochasz kwiat, który znajduje się na jednej z gwiazd, jakże
przyjemnie jest patrzeć w niebo. Wszystkie gwiazdy są ukwiecone...
- Oczywiście...
- To samo z wodą. Ta, której dałeś mi się napić, była jak muzyka. Z powodu bloku i liny...
Przypominasz sobie... była tak dobra...
- Oczywiście.
- Nocą będziesz oglądać gwiazdy. Moja jest zbyt mała, abym mógł pokazać ci, gdzie jest.
To lepiej. Moja gwiazda będzie dla ciebie jedną spośród wielu gwiazd... Dlatego przyjemnie
ci będzie patrzeć na gwiazdy. Każda z nich będzie twoim przyjacielem. Chcę ci zrobić
prezent.
Zaśmiał się znowu.
- Mały przyjacielu! Mały przyjacielu, twój śmiech sprawia mi tyle radości!
- To właśnie będzie mój prezent... W zamian za wodę...
- Nie rozumiem...
- Gwiazdy dla ludzi mają różne znaczenie. Dla tych, którzy podróżują, są drogowskazami.
Dla innych są tylko małymi światełkami. Dla uczonych są zagadnieniami. Dla mego Bankiera
są złotem. Lecz wszystkie te gwiazdy milczą. Ty będziesz miał takie gwiazdy, jakich nie ma
nikt.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Gdy popatrzysz nocą w niebo, wszystkie gwiazdy będą się śmiały do ciebie, ponieważ ja
będę mieszkał i śmiał się na jednej z nich. Twoje gwiazdy będą się śmiały.
I zaśmiał się znowu.
- A gdy się pocieszysz (zawsze się w końcu pocieszamy), będziesz zadowolony z tego,
że mnie znałeś. Będziesz zawsze mym przyjacielem. Będziesz miał ochotę śmiać się ze mną.
Będziesz od czasu do czasu otwierał okno - ot, tak sobie, dla przyjemności. Twoich przyjaciół
zdziwi to, że śmiejesz się, patrząc na gwiazdy. Wtedy im powiesz: "Gwiazdy zawsze
pobudzają mnie do śmiechu". Pomyślą, że zwariowałeś. Zrobiłem ci brzydki figiel.
I znowu się zaśmiał.
- Ta tak, jakbym ci dał zamiast gwiazd mnóstwo małych dzwoneczków, które potrafią się
śmiać.
Śmiał się ciągle. Po chwili spoważniał.
51
- Tej nocy... wiesz... nie przychodź...
- Nie opuszczę cię.
- Będę robił wrażenie cierpiącego... będę wyglądał tak, jakbym umierał. O, tak!
Nie przychodź patrzeć na to, nie warto.
- Nie opuszczę cię.
Zaniepokoił się.
- Mówię ci to także... z powodu żmii. Nie chcę, żeby cię ukąsiła. Żmije są złośliwe.
Mogą ugryźć dla przyjemności.
- Nie opuszczę cię.
Jakaś myśl uspokoiła go.
- Co prawda żmija nie ma dostatecznej ilości trucizny, aby ugryźć drugi raz...
Tej nocy nie zauważyłem, kiedy wyruszył w drogę. Wymknął się bezszelestnie.
Gdy udało mi się go dogonić, szedł zdecydowanym krokiem. Powiedział mi tylko:
- Ach, jesteś tu...
Wziął mnie za rękę. Jeszcze się niepokoił:
- Nie masz racji. Będzie ci przykro. Będę robić wrażenie umarłego, a to nie będzie
prawda.
Milczałem.
- Rozumiesz. To bardzo daleko. Nie mogę zabrać ze sobą tego ciała. Jest za ciężkie.
Milczałem.
- To będzie jak stara, porzucona łupina.
W starych łupinach nie ma nic strasznego.
Milczałem.
Powoli się zniechęcał. Lecz zrobił jeszcze wysiłek:
- To będzie ładnie. Ja też będę patrzeć na gwiazdy. Wszystkie gwiazdy będą studniami
z zardzewiałym blokiem, Wszystkie gwiazdy dadzą mi pić.
Milczałem.
- To będzie takie zabawne. Ty będziesz miał pięćset milionów dzwoneczków, a ja pięćset
milionów studni...
I nagle urwał, ponieważ się rozpłakał...
52
- To tu. Pójdę sam jeden krok naprzód.
Usiadł jednak, ponieważ bał się. Powiedział jeszcze:
- Wiesz... moja róża... jestem za nią odpowiedzialny. A ona jest taka słaba. I taka naiwna.
Ma cztery nic niewarte kolce dla obrony przed całym światem.
Usiadłem, nie mogłem utrzymać się na nogach.
- Tak... to wszystko... - powiedział.
Wahał się jeszcze chwilę, później wstał. Zrobił krok. Nie mogłem się poruszyć.
Żółta błyskawica mignęła koło jego nogi. Chwilę stał nieruchomo. Nie krzyczał. Osunął
się powoli, jak pada drzewo. Piasek stłumił nawet odgłos upadku.
A dzisiaj minęło już sześć lat. Nigdy jeszcze nie opowiadałem tej historii. Moi koledzy
cieszyli się bardzo z mego powrotu. Byłem smutny, lecz mówiłem im: - To zmęczenie...
Teraz trochę się pocieszyłem. To znaczy... jeszcze niezupełnie. Lecz wiem na pewno,
że wrócił na swoją planetę, ponieważ o wschodzie słońca nie znalazłem jego ciałka. Nie było
ciężkie to ciało... I bardzo lubię słuchać nocą gwiazd. To tak jakby pięćset milionów
dzwoneczków...
53
Ale zdarzyła się rzecz dziwna... Zapomniałem dorobić rzemień do kagańca,
który narysowałem Małemu Księciu. Nie będzie mógł go nałożyć barankowi. Pytam nieraz
siebie, co dzieje się na jego planecie? Możliwe, że baranek zjadł różę...
Czasem mówię sobie, że na pewno nic się nie stało. Mały Książę przykrywa różę na noc
szklanym kloszem i dobrze strzeże baranka... Wtedy jestem szczęśliwy. I wszystkie gwiazdy
śmieją się pogodnie. A czasem mówię sobie: "Od czasu do czasu zapomina się
o obowiązkach - i to już wystarczy. Zapomniał wieczorem zakryć różę szklanym kloszem
albo baranek cicho wyszedł ze skrzyni w nocy..." I wtedy gwiazdy toną we łzach...
Tu kryje się wielka tajemnica. Dla was, którzy jak ja kochacie Małego Księcia, nie ma
w świecie poważniejszego zagadnienia niż to, czy gdzieś - nie wiadomo gdzie - baranek,
którego nie znacie, zjadł różę czy nie...
Popatrzcie w niebo. Zapytajcie: "Czy baranek zjadł różę? Tak czy nie?" I zobaczycie, jak
cały świat zmieni się dla was.
A żaden dorosły nie zrozumie nigdy, jak wielkie to ma znaczenie!
Dla mnie to najpiękniejszy i jednocześnie najsmutniejszy obraz świata. To ten sam obraz,
który jest na poprzedniej stronie, lecz narysowałem go jeszcze raz, abyście dobrze zapamiętali
to miejsce, w którym zjawił się na ziemi i znikł Mały Książę. Przyjrzyjcie się uważnie,
abyście mogli rozpoznać ten krajobraz, jeśli któregoś dnia będziecie wędrować
przez afrykańską pustynię. A jeśli kiedyś znajdziecie się w tym miejscu, nie spieszcie się,
błagam was, zatrzymajcie się na chwilę pod gwiazdą! Jeśli przyjdzie do was śmiejące się
dziecko o złotych włosach, nie odpowiadające na pytania - zgadniecie, kto to jest.
Nie zostawiajcie mnie wtedy w moim smutku: bądźcie tak mili i napiszcie mi szybko,
że wrócił...
54
Antoine de Saint-Exupéry (1900 - 1944)
Pisarz i pilot francuski. Urodził się 29 czerwca 1900 roku w Lyonie we Francji
w rodzinie arystokratycznej. Uczył się w szkołach katolickich prowadzonych przez
jezuitów. W wieku 12 lat odbył pierwszy lot samolotem jako pasażer; wtedy też
przerobił swój rower, dodając mu skrzydła. W 1919 r. podjął studia na Wydziale
Architektury Akademii Sztuk Pięknych. W wieku 21 lat uzyskał kwalifikacje pilota
cywilnego, a w 1922 roku pilota wojskowego. W lotnictwie wojskowym służył
krótko, gdyż na skutek wypadku, w którym został ranny, został w 1923 r.
przeniesiony do rezerwy w stopniu podporucznika.
W 1926 r. podjął pracę w Towarzystwie Lotniczym Latecoere, latając pomiędzy Francją i Afryką,
głównie przewożąc pocztę, na trasie Tuluza – Casablanca – Dakar. Od 1929 do 1931 r. pracował jako
dyrektor oddziału Latecoere Aeroposta Argentina w Argentynie, tam też poznał Argentynkę Consuelę
Suncin Sandoval de Gómez, z którą ożenił się w marcu 1931 r. po powrocie do Francji. We Francji
dalej latał, przewożąc pocztę. W grudniu 1935 r. de Saint-Exupéry podjął próbę rekordowego przelotu
na trasie Paryż – Sajgon samolotem Caudron Simoun, ale rozbił samolot na Pustyni Libijskiej
w Afryce Północnej. Podczas wojny domowej w Hiszpanii był korespondentem prasy francuskiej.
W styczniu 1938 r. podjął próbę przelotu na trasie Nowy Jork – Ziemia Ognista, lecz tym razem uległ
wypadkowi w Gwatemali, odnosząc przy tym poważne obrażenia, których skutkiem był trwały
niedowład lewego ramienia. W całej jego karierze prześladowały go liczne mniejsze lub większe
wypadki lotnicze.
Doświadczenia lotnicze Antoine'a de Saint-Exupéry znalazły odbicie w jego twórczości. Pierwsze
opowiadanie L'Aviateur (Lotnik) opublikował w 1926 r., a w roku 1928 wydał książkę Poczta
na Południe. W r. 1931 napisał Nocny lot, a w 1939 powieść Ziemia, planeta ludzi, za którą otrzymał
nagrodę Grand Prix Akademii Francuskiej.
Po wybuchu II wojny światowej, jako kapitan lotnictwa de Saint-Exupéry latał we francuskim
dywizjonie rozpoznawczym GR II/33 stacjonującym w Orconte, wykonując kilka lotów bojowych.
Po zajęciu Francji przez Niemcy, został wraz ze swoją eskadrą ewakuowany do Algieru (17 czerwca
1940) a następnie, po demobilizacji wrócił do Francji. W grudniu 1940 przedostał się przez Portugalię
do USA, gdzie zajmował się pisarstwem.
Amerykańska emigracja trwała dwa i pół roku i zaowocowała trzema utworami: Pilotem wojennym
(luty 1942), Listem do zakładnika (luty 1943) oraz Małym Księciem (kwiecień 1943).
Po wykorzystaniu wszelkich możliwości i wpływów, pomimo zaawansowanego wieku, jak na pilota
bojowego, przydzielono go do lotnictwa Wolnych Francuzów, podporządkowanego amerykańskiemu
dowództwu. Po wykonaniu dwóch misji 14 czerwca i 21 lipca 1943 z Tunezji nad Francję, uszkodził
samolot przy lądowaniu i został zawieszony. Ponownie powrócił do latania bojowego 16 maja 1944,
latając z Korsyki. Został awansowany do stopnia majora. 31 lipca 1944 o 8.45 (rano) wystartował do
misji fotografowania niemieckich wojsk koło Lyonu, z której już nie powrócił. Pośmiertnie, w roku
1948, ukazała się jego ostatnia książka Twierdza.
Przez wiele lat dokładny los samolotu Antoine'a de Saint-Exupéry nie był znany, krążyły też różne
teorie na temat przyczyny jego śmierci. W 1998 r. rybak wyłowił z Morza Śródziemnego w okolicy
Marsylii bransoletkę należącą do pisarza, a kawałki jego samolotu znaleziono w 2000 i ostatecznie
zidentyfikowano 7 kwietnia 2004 dzięki numerom seryjnym. Jego samolot typu F-5 Lightning, wpadł
do wody blisko wyspy Frioul, niedaleko Marsylii. Najprawdopodobniej został on zestrzelony przez
niemiecki myśliwiec pilotowany przez Roberta Heichelle, który zgłaszał zestrzelenie atakującego go
Lightninga 31 lipca ok. godz. 12.06. Do zestrzelenia Saint-Exupéry'ego przyznał się też w swojej
książce "Saint-Exupéry: Ostatnia Tajemnica" niemiecki pilot Horst Rippert, jednak zaznaczając, iż nie
ma absolutnej pewności co do tożsamości pilota zestrzelonego przez siebie samolotu.
Źródło: Wikipedia.
55
56